niedziela, 27 kwietnia 2014

Rozdział 16

Edytuj post 13 komentarzy
  Zostałam wciśnięta na miejsce pomiędzy Harrym, a Niallem i nie, nie podoba mi się to. Chłopak w kręconych włosach - którego miałam nieprzyjemność poznać bliżej u mnie w domu i przez opowieści Maddie - cały czas kręcił się na krześle i wysyłał do mnie uśmiechy i okej, może są onieśmielające, piękne i przeurocze, ale serio - one na mnie nie działają. No może jedynie sprawiają, że się go zaczynam bać. Nic więcej. Natomiast Niall ulokował sobie swoją dłoń na mojej, która leży na moim kolanie i kreśli na niej jakieś bliżej nieokreślone wzory. Nagle stuknął paznokciem w moje knykcie, więc zwróciłam uwagę na jego dotyk (o ile to jest bardziej możliwe). Swoimi delikatnymi palcami nakreślił kilka liter, które składały się w: ''kiedy nikt nie będzie patrzył przekładaj wszystko do mnie''. Odetchnęłam z ulgą i chcąc podziękować mu, okręciłam dłoń i ścisnęłam jego, lecz kiedy chciałam odłożyć dłoń na poprzednie miejsce, Niall nie pozwolił mi na to , tylko splótł nasze palce, a ja - mimo iż nie jestem fanatyczką takich rzeczy - pozwoliłam mu na to i w odpowiedzi potarłam jego kciuk swoim własnym. I teraz posłuchajcie uważnie: zakochałam się; ale klapa. W końcu podeszła do nas kelnerka i każdy zamówił, co chciał. Ja poprosiłam o najmniejszą pizzę z serem, szynką i pieczarkami, oraz wodę.
-Jak ci się podoba w Anglii? -zapytał nagle Harry.
Mieszkam w Londynie od kilku miesięcy. W jego ustach zabrzmiało to tak, jakbym była jakąś turystką właśnie wychodzącą z sali przylotów na lotnisku.
-Jest w porządku -odpowiedziałam zdawkowo na pytanie loczka. Najwyraźniej go to nie usatysfakcjonowało na tyle, aby zadawał kolejne pytania.
W krótkim odstępie czasu młoda kelnerka podała całej szóstce zamówienia. Chłopcy zaczęli pochłaniać swoje porcje (nadmienię jeszcze, że wszystko, bez względu na to jakie to danie, polane zostało tłustym sosem czosnkowym).
  Margarita leżała na moim talerzu nienaruszona. Ale, ale, głupia nie jestem. Chwyciłam sztućce w dłonie i zaczęłam kroić jeden z boków pizzy. Wszystko zainscenizowałam bardzo realistycznie. Co jakiś czas podnosiłam pusty widelec do ust i zaczynałam jakiś temat; to pytałam o wyniki ostatnich meczy, to o ich menadżera, następnie chwaliłam ten ohydny sos czosnkowy, którego nawet nie powąchałam. Popijałam wyimaginowane jedzenie wodą. Wreszcie, gdy nadarzyła się okazja przysunęłam szybko mój talerz do talerza Nialla i zręcznie zrzuciłam dwa kawałki pizzy. Chłopak jak gdyby nigdy nic, przeżuwał swój posiłek. Natomiast jego ręka błądziła po mojej. Uśmiechnęłam się pod nosem.
Nie. Skreśl.
Uśmiechnęłam się do niego.
Blondyn odwzajemnił uśmiech i mocniej ścisnął moją dłoń.
Tego wieczora wykonałam jeszcze dwa takie "przekręty" i nareszcie mój talerz był pusty. Grzecznie podziękowałam za posiłek i pochwaliłam grubość ciasta i ilość sera. Opróżniłam butelkę z wodą do końca, aby kelnerka, któ-ra podeszła do stolika, mogła zebrać wszystkie śmieci i naczynia. Dziewczyna miała może z dwadzieścia parę lat. Około dwudziestu pięciu. Nie była niestety zbyt zgrabna i chyba zdawała sobie z tego sprawę, bo nie nosiła obcisłych kombinezonów popularnych w jej branży. Aby zebrać wszystko musiała wracać do naszego stolika jeszcze dwa razy. Zgarniając ostatnie trzy talerze zapytała się czy może nam jeszcze jakoś pomóc i czy chcemy już rachunek. Zgodnie zadecydowaliśmy, że jesteśmy najedzeni. Tak, nawet Niall nie chciał dokładki, a to zdziwiło i mnie, mimo iż wiedziałam o jego dodatkowej porcji.
Siłą rzeczy dziewczyna przyniosła nam małą zakładkę na pieniądze, do której Liam wcisnął kilka grubszych banknotów. Kelnerka podziękowała za tak hojny napiwek i wyszliśmy z knajpki.
Na szczęście nikt nie wpadł na żaden kolejny, genialny pomysł odwiedzenia jakiegoś pseudo miłego miejsca. Każdy zaczął się żegnać i czułam się co najmniej niezręcznie, kiedy wszytscy mnie przytulali i nie, to nie było coś, czego oczekiwałam przez całe moje życie. Harry chyba starał się przytrzymać mnie trochę dłużej niż zaplanowałam, więc niechętnie mnie puścił, kiedy zaczęłam się cofać.  Wszyscy rozeszli się w swoje strony. Kiedy tylko zniknęliśmy za zakrętem Niall z powrotem splótł nasze palce, a ja znowu mu na to pozwoliłam. Nagle blondyn skręcił, a ja dosłownie poleciałam za nim, potykając się o własne nogi. Równowagę odzyskałam dopiero, kiedy chłopak zatrzymał się przy wózkach od supermarketu.
- Idziemy na zakupy. - stwierdził wesoło i machając naszymi dłońmi wszedł do wielkiego budynku, kierując się w stronę wejścia między półki.
-Ale Niall, przecież masz pełną lodówkę. - zareagowałam.
-Niby tak, ale dziś zrobimy se wieczór filmowy i ugotujemy kolację. Potrzebujemy czegoś fajnego. - zawołał wesoło.
Jak się okazało według Nialla ''coś fajnego'' to wszystko co leży na półkach danego sklepu, więc kiedy nie byliśmy nawet w połowie budynku, a wózek był już pełny, lecz chłopak nie zwracał na to większej uwagi i ładował kolejne pudełka, paczki i torby produktów.
-Niczego nie chcesz? - spytał zdziwiony.
-Yyymm... Nie, raczej nie. Myślę, że nawet jeśli coś chciałam to wrzuciłeś to do kosza, lub to zrobisz. - powiedziałam powoli oddzielając słowa.
-Och, okej. Jednak jeśli coś będziesz chciała po prostu to weź, nie ma problemu. - zmieszał się.
Blondyn przyjrzał się mi, lecz po chwili, kiedy najwyraźniej spotkał mój wzrok, powrócił do wrzucania wszystkiego co napotkał na drodze.
Zatrzymałam się na chwilę przy półkach z rzeczami takimi jak farby i płótna, kiedy Niall poszedł wybrać kilka filmów. Właśnie zapisywałam sobie w telefonie nazwę firmy, której nigdy nie widziałam i chciałam sprawdzić opinię na paru forach w internecie, kiedy poczułam jak ktoś oplata mnie rękoma w pasie i byłam pewna, że to Niall, więc po prostu zignorowałam tą osobę, kiedy usłyszałam w uchu:
-Nie przywitasz się ze mną, piękna? - usłyszałam w uchu znany, okropny głos i dreszcze odrazy przebiegły przez moje plecy.
Ben.
Natychmiast wyrwałam się z jego uścisku, co nie było takie łatwe i odeszłam kilka kroków w tył.
-Cześć Ben. - mruknęłam, nie chcąc drażnić go jeszcze bardziej, bo chyba nie był zachwycony moją reakcją na jego dotyk.
-Skoro już się spotkaliśmy, to może powiesz mi dlaczego nie było cię dzisiaj w szkole, co? - spytał robiąc krok w moją stronę.
Napięłam wszystkie mięśnie. Oby tylko Niall nas nie zobaczył.
- Rano nie czułam się najlepiej. - skłamałam jak najprościej i uśmiechnęłam się krzywo.
- Ale teraz już ci lepiej, hmmm? Tak myślę, wyglądasz dobrze. - zauważył brunet i wyczułam może nawet nutę troski w jego głosie.
Jeju, zaczynam mieć złudzenia słuchowe.
-Tak, tak. Już jest okej. Wiesz muszę już iść. - zaczęłam się cofać.
Już miałam całkiem się odwrócić, kiedy chłopak zacisnął swoje duże, niedelikatne palce wokół mojego cienkiego, kruchego nadgarstka.
-Nie tak szybko, księżniczko.
Jeśli jeszcze raz tak do mnie powie, porzygam się.
-Puść mnie. - zażądałam próbując wyrwać swoją rękę.
Nic z tego, jestem za słaba.
 - Nie, dopóki...
- Powiedziała, żebyś ja puścił i radzę ci to zrobić. - usłyszałam głos za sobą.
Jeszcze tylko tutaj tego lokowatego palanta brakowało.
Ben poluzował uścisk, ale nie puścił mnie i teraz modliłam się tylko o to, żeby Harry nic nie powiedział Niallowi.
-A co możesz mi zrobić? Przywiązać do półki tą swoją śmieszną bandanką. - zadrwił brunet.
Szatyn podszedł bliżej i teraz okazało się, że Harry jest o ponad pół głowy wyższy od Bena, więc brunetowi zrzedła mina i na tyle rozluźnił uścisk, że bez problemu wyrwałam dłoń. Harry obrończo stanął przede mną i zakrył mnie swoim ciałem, więc tylko lekko wychyliłam głowę zza jego ramienia, żeby zobaczyć twarz Bena, która powoli zapełniała się strachem, jednak chłopak próbował to ukryć.
-Idź stąd. - głos mojego obrońcy stał się niski, bardziej ochrypły i groźny.
Ben tylko wypiął pierś i udając, że po prostu ustępuje głupszemu odwrócił się na pięcie.
-Do zobaczenia w szkole, Lena. - rzucił jeszcze przez ramię i zniknął między półkami.
Wtedy Harry odwrócił się w moją stronę, kładąc dłoń na moim ramieniu. Pozwoliłam mu na to, bo w końcu przed momentem mnie uratował.
-Wszystko dobrze? - spytał i teraz słyszałam w głosie czystą troskę.
Och, to miłe uczucie.
-Tak, jest dobrze. Dziękuję. - ostatnie słowo z trudem przecisnęło mi się przez gardło.
Wmusiłam nawet na usta uśmiech, niech się chłopak cieszy.
Szatyn posłał w moją stronę uroczy uśmiech, a dołeczek ukazał się w jego lewym policzku. Przełożył dłoń na mój policzek i nie, to nie było coś co mi pasowało.
-Nie masz za co. Bo wiesz Lena, ja chciałem ci powie... - zaczął loczek.
-Cześć Harry. - usłyszałam za sobą głos Nialla.
Alleluja.
Dłoń Harry'ego opadło od mojego policzka, przez ramię i w końcu wzdłuż jego ciała.
-Cześć Niall. - odpowiedział szorstko Harry.
Chłopcy przez chwilę mierzyli się chłodnymi spojrzeniami, lecz kiedy zauważyli moje zmieszanie przestali.
-Lena, wybrałaś już jakieś farby? - spytał spokojnie Niall.
-Nie, myślę, że kupię je kiedy indziej. - chciałam stamtąd jak najszybciej iść.
Blondyn pokiwał głową i wyciągnął dłoń w moją stronę, którą z niepewnością chwyciłam.
Harry ze zdziwieniem i chyba nwet z lekką zazdrością spojrzał na nasze dłonie.
-Do zobaczenia, Lena. - zwrócił się do mnie Harry.
Kiwnęłam w jego stronę głową.
-Do jutra, Niall.
-Do jutra, kolego. - mruknął w odpowiedzi blondyn.
Ja poszłam z Niallem, w stronę kas, a Harry w drugą stronę.
Moje życie to pieprzona telenowela.  


----------------
Moje drogie misiaczki!
Wybaczcie nam za tą długą przerwę. Obowiązki wzywają. 
Ale spokojnie, za niedługo wakacje i rozdziały zaczną pojawiać się częściej, regularniej. Przynajmniej mam taką nadzieję.
A jak tam u was? 
Mam nadzieję, że podoba wam się ten rozdział i nie będziecie na mnie źli za tyle słodkości u Nialla i Leny. Hej, a może ktoś wymyśli nazwę dla tego paringu? Będę wdzięczna.
Więc biorę się za dalsze pisanie i miłego dnia/nocy/wieczoru!
Kamila. (Pointless).

wtorek, 8 kwietnia 2014

Rozdział 15

Edytuj post 12 komentarzy
Przygotowywanie śniadania dla Nialla stało się dla mnie swego rodzaju rytułałem. Każdego ranka wstawałam bardzo wcześnie i wychodziłam w piżamie do osiedlowego minimarketu po świeże bajgle, które jak mi kiedyś powiedział, po prostu kocha. Kupowałam też jogurty, muesli, płatki, owoce  i wszystko czego tylko zapragnęłam. To jeden z przywilejów posiadania karty do konta Elizabeth i taty. Szczerze mówiąc, to nie wiedziałam czy ma jakiś limit, ale miałam to głęboko w poważaniu.
Dzisiaj jak zwykle kupiłam uwielbiane przez Nialla bułeczki, biały ser i miód. Zapłaciłam za wszystko i wróciłam do mieszkania. Rozłożyłam zakupy na blacie kuchennym i wróciłam do korytarza by ściągnąć czarną kurtkę i tenisówki. Po drodze sprzątnęłam  kilka walających się ubrań blondyna i wrzuciłam je do kosza na brudy w toalecie. Korzystając z okazji wyszorowałam zęby i ogarnęłam ten stóg siana, który grał rolę moich włosów.
Nagle w mieszkaniu rozległ się trzask.
Grzebień wyleciał z mojej ręki, a ciało znieruchomiało.
Boże, niech to będzie zwykły złodziej. Żaden gwałciciel. Lena, spokojnie.
Opanowałam się na tyle, aby chwycić w ręce kij od mopa i wyszłam ostrożnie  z łazienki. Na palcach weszłam do korytarza. Stanęłam jak zamrożona, gdy zamiast przestępcy ujrzałam Nialla pochylonego nad rozbitym słoikiem miodu.
Podparłam ręce na biodrach i zakaszlałam by zwrócić na siebie jego uwagę.
Chłopak porządnie wystraszył się w wyniku czego odskoczył jak oparzony od miejsca zbrodni i wylądował pod szafkami. Zorientował się, że to tylko ja. Spojrzał najpierw na słoik, a później na mnie i westchnął.
-Przepraszam, chciałem tylko spróbować -powiedział ze skruchą.
Chłopaku, czy ty nie masz innych zmartwień niż rozbity słoik?
Jego oczy wędrowały po mojej twarzy. Wciąż siedział na podłodze. Był wyraźnie zawstydzony.
-Nic się nie stało -powiedziałam siląc się na miły ton -Zrobię bajgle z Nutellą, może być? -teraz na prawdę się uśmiechnęłam. Miałam nadzieję, że nie zauważył ile trudu włożyłam w ten pozornie zwyczajny gest jakim było wygięcie kącików ust.
-Wszystko, co przygotujesz będzie wyśmienite -wyszczerzył się.
Lizus. Bardzo przystojny lizus.
Pomogłam chłopakowi posprzątać, a później zrobiłam śniadanie. Wszystkie bułeczki poprzecinałam poziomo. Trzy połówki posmarowałam Nutellą, a na resztę nałożyłam biały serek. Wcześniej planowałam go delikatnie  polać miodem, ale z powodu wcześniejszych wydarzeń, użyłam syropu malinowego. Powinien smakować równie dobrze.
W czasie gdy ja przygotowywałam kanapki Niall latał po kuchni jak opętany. Włączył ekspres do kawy i poszukał ładnych talerzyków. Poukładał wszystko na stole i podszedł do blatu.
-Zapraszam panią do stołu -powiedział łapiąc mnie za rękę. Grzecznie pomaszerowałam za nim i usadowiłam się na krześle. Chłopak wrócił się jeszcze po talerz z naszym śniadaniem i położył go na stole. Wlał kawę do kubków po czym wreszcie usiadł na swoim miejscu - na przeciwko mnie.
-Smacznego -powiedziałam po polsku. Według mnie enjoy your meal i inne angielskie zwroty w tej sytuacji są po prostu głupie. Większość angielskich słów i nazw jest głupia.
Niall oczywiście zapytał co to znaczy nie wierząc, że powiedziałam coś normalnego. Posiłek nie trwał długo. Niall zjadł większą część zawartości talerzy. On chyba nie miał limitu jeżeli mowa o jedzeniu. Natomiast ja zgodziłam się na zjedzenie trzech plasterków białego sera. Pozbierałam naczynia i wsadziłam je do zmywarki.
-Pomyślałem, że może nie chce ci się iść dzisiaj do szkoły... -zaczął opierając się plecami o framugę drzwi.
Jego szara koszulku opinała się mu na ramionach, gdy krzyżował ręce na klatce piersiowej. Nie uznałabym go za kogoś bardzo umięśnionego, ale nie należał też do chucherek.
-Mi się nigdy nie chce iść do szkoły -przerwałam mu.
Zaśmiał się i podszedł bliżej mnie. - Oparł się ręką o brzeg blatu, na którym siedziałam. Na całe szczęście Niall jest porządnym chłopak
-Jasne, ale dzisiaj mamy krótki wywiad i dobrze było by gdybyś poszła ze mną do studia. Poznałabyś chłopaków -zaproponował.
Pewnie każda inna dziewczyna byłaby na moim miejscu przeszczęśliwa, ale chyba już dawno ustaliliśmy, że nie jastem jak inne dziewczyny. Jestem mną i cała ta sytuacja wydawała mi się jakimś jednym wielkim żartem.
Mieszkam sobie jak gdyby nigdy nic z członkiem najsławniejszego boysbandu na świecie. Robię mu śniadanka, sprzątam jego unorane ciuchy, które rozrzuca po całym domu i takie tam inne super sprawy. Teraz jeszcze okazuje się, że mogę poznać resztę One Direction. Tylko czy ja tego chcę?
-Niall, przepraszam, ale nie wydaje mi się żeby to był dobry pomysł -odparłam szczerze.
Chłopak wydawał się być zaskoczony.
-Coś powiedziałem nie tak? -zapytał urażony.
Odepchnęłam się od szafki i zaczęłam przebierać nerwowo nogami. Nie wiedziałam co powinnam była powiedzieć w takiej sytuacji.
-Nie, nie -zaprzeczyłam po chwili. To ze mną jest coś nie tak.
-To o co chodzi? -zapytał. -Lena, próbuję cię zrozumieć, ale czasem to jest trudne. Tym bardziej, gdy się nie odzywasz -posłał mi blady uśmiech.
Pokiwałam w zrozumieniu głową i usiadłam na najbliższym krześle.
-Wiem, staram się -zapewniłam.
'Nie wystarczająco'  -skarcił głos w mojej głowie. Dawno go nie słyszałam.
-To pójdziesz ze mną? -w jego głosie nie dało się nie wyczuć nadzieji.
Już nie potrafię być wredna.
-Okej, okej -powiedziałam i szybko czmychnęłam z kuchni do mojej tymczasowej sypialni.
***
W dłoniach trzymałam plastikowy kubek wypełniony wodą.
Jakaś dziewczyna, zapewne statystka, podała mi go gdy tylko weszłam. Zapytała też czy dobrze się czuję, bo jestem bardzo blada i mam sińce pod oczami.
Prawdę powiedziawszy to, nie potrafię wrócić pamięcią do czasu kiedy moje oczy były promienne, a cera nawilżona i lekko opalona. To takie nierealne. Jakbym istniała tylko od tragicznego momentu - śmierci mojej mamy.
Pochyliłam głowę, ale już po kilku sekundach uniosłam ją w kierunku małego ekraniku, który pokazywał na żywo wywiad, ponieważ usłyszałam znajomy głos. Niall odpowiadał ze śmiechem na jakieś błache pytanie prowadzącej. Miała jasne długie włosy, które opadały falami na jej dekolt. Trzepotała co jakiś czas rzęsami, które z całą pewnością nie były jej prawdziwymi. Była zgrabna, ale nie wysportowana. Wszystko mogłoby być pięknie, gdyby nie jej chichot. Jak lalka Barbie, taka z chudziutką szyją, która nie może utrzymać głowy i zaraz się odłamie. Z nieproporcjonalnie długimi nogami zakończonymi zdeformowanymi stopami. Prawie idealna.
Miałam ochotę zamurować tego pustaka.
Na całe szczęście wytrwałam grzecznie do końca programu. Chłopcy miło pożegnali ekipę, gdy wyłączono kamery i udali się do swojej garderoby. Poza Niallem.
Blondyn pomachał do mnie z uśmiechem i zniknął na parę minut.
Wrócił już z resztą zespołu.
Wszyscy miło się do mnie uśmiechali, cholera. Będę musiała być miła.
-Więc to jest Lena -powiedział Niall wskazując na mnie dłonią.
Teraz już nie ucieknę.
Wstałam z krzesełka, na którym wcześniej mnie posadzono i mimowolnie ruszyłam w kierunku chłopaków.
-Cześć -powiedziałam cicho podając rękę pierwszemu w kolejce Zaynowi. Nie chcę wyjść na rasistkę, ale mulat przypominał wychudzonego Żyda z obozu pracy. Na prawdę! Jeszcze pięć kilo mniej, a moglibyśmy wylądować na tym samym oddziale w ośrodku zaburzeń odżywiania.
-Jestem Zayn -powiedział jeszcze ciszej niż ja, ale dołączył współczujący uśmiech do swojego zestawu.
Później był Harry i Liam, którzy wydali mi się bardzo w porządku. No dobra, ten lokaty miał zawiązaną na włosach jakąś dziwną szmatę i wyglądał jak żul zza krzaka, ale nie chciałam być chamska. Ostatniego, Louisa, mogłabym nawet polubić. Był najzwyczajniej w świecie przyjaźnie nastawiony w stosunku do mojej osoby. Nie posyłał mi żadnych litościwych uśmiechów, nie patrzył na mnie z ciekawością, po prostu zachowywał się jak człowiek, który poznaje innego człowieka.
-Cześć, nazywam się Lena -powiedziałam wyciągając rękę do chłopaka.
-Louis. Tak wiem, jak masz na imię. Niall trąbi o tobie cały czas -Louis odwzajemnił gest.
Spuściłam wzrok. Nie chciałam żeby Niall im coś o mnie opowiadał.
-Kto jest za wyjściem na pizzę? -krzyknął nagle Harry. Wszyscy wydali głośne okrzyki radości. Wszyscy prócz mnie.
_________________________________
Dominika(icantbreatheicantsmile):
Przepraszamy za opóźnienia w publikacji rozdziału! :/ Ani ja, ani Kamila nie miałyśmy na to czasu. Szczerze mówiąc, to nawet teraz go nie mam; siedzę nad wypracowaniem na polski i myślę o przeczytaniu "Białej masajki" czekającej przy moim łóżku.
Mam tylko nadzieję, że ten EMOCJONUJĄCY (HAHA) rozdział Was nie zawiedzie :D
Buuziole ♡

niedziela, 23 marca 2014

Rozdział 14

Edytuj post 6 komentarzy

Położyłam plasterki truskawek na placuszku, który posypałam wcześniej cukrem pudrem (mówię, że to placuszki, ponieważ nazwa "pancakes" brzmi śmiesznie według mnie). Przepis na ciasto znalazłam w Internecie. Ulepszyłam je dodając szczyptę cynamonu i usmażyłam na maśle sześć sztuk.
Postanowiłam, że przygotuję Niallowi śniadanie. W końcu przyjął mnie za darmo pod swój dach. Gdyby nie on, to pewnie nadal marzłabym na ławce przy stacji metra.
Ułożyłam wszystko na talerzu i przelałam sok pomarańczowy do szklanki. Zostawiłam posiłek na stole i poszłam do łazienki, aby uszykować się do szkoły. Rozczesałam moje długie, pokołtunione włosy i zaplotłam je w starannego kłosa.
Umyłam zęby, a następnie wykonałam jeszcze kilka prozaicznych czynności typowych dla każdej dziewczyny bez względu na to czy jest ona normalna czy też nie. Nie mogę być szczera mówiac, iż należę do tej pierwszej grupy nastolatek.
Nie patrząc na smutne odbicie w lustrze powieszonym naprzeciw mnie wyszłam z łazienki.
Chwyciłam torbę, którą oparłam wcześniej o ścianę w korytarzu. Zarzuciłam ją sobie na ramię.
-Dzień Dobry, Leno! -uroczy irlandzki akcent dobiegł mnie z kuchni.
-Cześć, Niall -powiedziałam wchodząc do pomieszczenia i uśmiechnęłam się krzywo.
Miałam szczerą nadzieję, że wykażę się kocią zwinnością i wyjdę z domu niepostrzeżenie. Umyślnie omijałam szerokim łukiem sypialnię, w której spał blondyn. Głupia ja.
-Dzięki za śniadanie -powiedział zauważywszy ciepły posiłek ustawiony na stole w towarzystwie kubka z napojem. -Nie trzeba było- wymamrotał wgryzając się w parującego placuszka.
Skorzystałam z jego nieuwagi i wyszłam z kuchni.
Szybkim ruchem nałożyłam moje granatowe tenisówki na nogi i chwyciłam za klamkę.
-Poczekaj, zjedz ze mną! -krzyknął zbliżając się do mnie. Jego bose stopy, uderzały o panele, którymi wyłożony był hall.
Zauważyłeś może, że jadam coś raz na dwa lub trzy dni?
-Zjem na szkolnej stołówce. -odwróciłam się udając, że szukam czegoś w kieszeniach płaszcza.
Niall obrócił mnie zdecydowanym ruchem. Jego spojrzenie mnie zmroziło. Oczy chłopaka były nieco ciemniejsze, nie było w nich tego bezpiecznego błękitu jak w zatoczce przy jakimś tropikalnym zakątku. Raczej środek oceanu podczas tsunami.
-Popołudniu muszę być w studiu, ale przypilnuję cię przy kolacji. Nie wywiniesz mi się. -powiedział nieznoszącym sprzeciwu tonem.
W końcu jestem buntowniczką. Sprzeciw to moje drugie imię.
Odwróciłam się i w ciszy wyszłam.

Niestety od mieszkania Nialla miałam spory kawałek do przejścia pieszo i jak można się domyślić, spóźniłam się do szkoły.
Wbiegłam po betonowych stopniach, minęłam panią zamiatającą śmieci  i szybko rzuciłam się na drzwi.
Za kolejny cel obrałam moją metalową szafkę szkolną, z której wyjęłam potrzebne rzeczy na dwie pierwsze godziny.
-A panienka co tutaj robi? -niski głos przywròcił mnie do myślenia.
Odwróciłam się na palcach.
Mój znienawidzony nauczyciel matematyki stał dwa metry ode mnie i podpierał się rękoma na bokach.
-Przepraszam, ale spóźniłam się na...-zerknęłam na plan zawieszony na zewnętrznej stronie drzwiczek-...na plastykę z panią Wood. -dokończyłam prostując się dumnie.
Dziad mruknął coś pod nosem i puścił mnie.
Na plastyce wszyscy dostali już swoje sztalugi i pracowali nad obrazem, który będziemy kończyć przez najbliższy tydzień. Chociaż weszłam do klasy jako ostatnia, oddałam swoją pracę jeszcze tego samego dnia.
Pędzle po prostu same szły w ruch. Nie mogłam tego zwolnić.
Gdy wychodziłam z klasy zatrzymał mnie miły głos pani Wood.
-Lena, podejdziesz do mnie na chwilę?
Jej niska sylwetka stała za biurkiem przyglądając się mojemu obrazowi. Miała wyćwiczyone pewne triki, dzięki którymi maskowała swoją nadwagę.
Posłusznie podeszłam do biurka.
-Wszystko w porządku? -zapytałam w nadzieji, że nie zepsułam obrazu.
Nauczycielka pokręciła głową wciąż wpatrując się w moje wypociny.
-Te kolory... są bardzo realistyczne. Jakbyś widziała to na żywo. -powiedziała powoli.
-Można powiedzieć, że widziałam je na żywo. -powiedziałam.
-Widziałaś tsunami? -zapytała wreszcie kierując wzrok na moją osobę.
Wzruszyłam ramionami i wyszłam z klasy mówiąc ciche "do widzenia".
Tak, widziałam tsunami. Widziałam Jego oczy, gdy był zły.
Reszta zajęć minęła bardziej neutralnie. Nauczyciele wpuszczali mnie do klasy z innymi uczniami, mòwili coś i  pozwalali wyjść, kiedy zadzwonił dzwonek.
Po angielskim wszyscy jedli lunch, a ja siedziałam przy samotynym stoliku w rogu wielkiej sali. W słuchawkach, które tkwiły w moich uszach leciały piosenki One Direction. Za każdym razem, gdy słyszałam solówkę Nialla nie mogłam powstrzymać przygryzania wargi.
Lena, co ty odwalasz. Uspokój się, prawie go nie znasz kretynko -powtarzałam w myślach.
W drzwiach sali stanął Ben. Przeskanowywał wzrokiem wszystkich uczniów. Wypatrzył to, czego szukał i ruszył w moim kierunku.
W akcji despesperacji zakryłam twarz włosami.
-Cześć, mała -chciałam mu odpowiedzieć w chamski sposób tekstem, który chyba każdy zna.
Powstrzymałam się i uśmiechnęłam się wzamian.
-Hej, Ben -dodałam w gratisie do sztucznego uśmiechu.
Chyba lubił promocje - wziął wszystko.
Usiadł przy stole na przeciw mnie.
W tym samym momencie moja komórka zawibrowała informując mnie o nowej wiadomości. Nie odłączając słuchawek podniosłam telefon do oczu.

Niall:
"Zjadłaś lunch? Nxx"

Spojrzałam na pustą tacę na stole. Po co mam go okłamywać? I tak zna prawdę.

Ja:
"Nie, przepraszam. Lena."

Odłożyłam telefon do kieszeni i znów puściłam muzykę. Ben przyglądał mi się badawczo, ale nie zwracałam na niego uwagi.
Nie cała minuta i kolejna wibracja w mojej kieszeni.

Niall:
"Nie przepraszaj, miałem tylko nadzieję. Będę o 17 w domu. Kształć się :)"

Uśmiechnęłam się pod nosem. Chwilę później zorientowałam się co zrobiłam i momentalnie przybrałam obojętny wyraz twarzy.
-Co się tak szczerzysz? -przypomniał o swojej obecności Ben.
Chłopak pochylał się nad stołem. Chciał zobaczyć z kim i oczym piszę. Marzenie ściętej głowy.
-Nie twój interes -powiedziałam wzruszając ramionami.
Szatyn zasztywniał.
-Mój -powiedział.
Spojrzałam na niego jak na idiotę.
No, chyba ma urojenia. Na nic się nie godziłam, na nic się nie zgadzałam.
Wstałam od stołu i nieoglądając się wyszłam z sali.
Wracając ze szkoły postąpiłam nieco mądrzej i złapałam autobus podjeżdżający na przystanek dwie przecznice od mieszkania Nialla.
Weszłam do odpowiedniego budynku i wbiegłam po schodach na właściwe piętro. Po sześcioro białych drzwi na każdym poziomie.
Wreszcie stanęłam pod drzwiami, które w dziewięćdziesięciu procentach należały do blondyna. Pociągnęłam z klamkę. Były zamknięte, a ja nie miałam klucza.
Zasnęłam skulona pod białymi drzwiami.

***
Wycieraczka okazała się stosunkowo wygodna, jeżeli nie liczyć odstających kawałków wikliny, które dźgały mnie w tyłek. Poza tym małym szczegółem oceniłabym komfort w skali od jeden do dziesięciu na dobre cztery. Jeśli było się zmęczonym tak, jak ja, marny kawałek trzciny wydawał się być najwygodniejszą rzeczą na świecie.
A jednak obudziłam się.
Ktoś mi w tym pomógł głaszcząc moje włosy.
Niechętnie otworzyłam oczy.
Blondyn kucał obok mnie. Jego błękitne tęczówki wpatrywały się we mnie uważnie. Jedna ręka Nialla spoczywała luźno na kolanie, a drugą położył na moim policzku.
Byłam przerażona bliskością, miałam ochotę uciec. Zamiast tego wstrzymałam oddech niczym leśna zwierzyna dostrzeżona przez myśliwego.
-Hej, wyspałaś się? -szepnął, aby jeszcze bardziej mnie nie wystraszyć.
Rozejerzałam się po korytarzu, przypominając sobie jak w idiotyczny sposób zapomniałam kluczy.
-Lepsze to niż nic -wzruszyłam ramionami i spróbowałam się podnieść. Niall złapał mnie za ramię i ułatwił mi zadanie. Niestety mimo, że jego dotyk był bardzo miły, wyrwałam się od razu, gdy wstałam. Sama nie wiem dlaczego. Posłałam mu krótkie, przepraszające spojrzenie, a Niall tylko uśmiechnął się i otworzył nam drzwi do mieszkania.
W ciągu pięciu minut przebrałam się w luźniejsze ubrania i usiadłam stołku barowym w kuchni, zaczęłam przyglądać się pracy Nialla.
Chłopak kroił parówki i ciasto francuskie. Po chwili zorientował się, że go obserwuję, więc wysunęłam propozycję pomocy.
-Nie trzeba -uśmiechnął się i dodał po chwili -Możesz w tym czasie zadzwonić do siostry, jeśli chcesz-zaproponował.
Kiwnęłam głową i wyciągnęłam z kieszeni dresów komórkę.
-Lena? -dziewczynka odebrała po pierwszym sygnale.
Jej głos wydawał się być słaby, ale jednocześnie bardzo radosny. Opowiadała mi o dodatkowych badaniach, które tata i Elizabeth zdecydowali się wykonać. Podobno lekarze nie są jeszcze w pełni usatysfakcjonowani jej wynikami. Dostała też jakieś witaminy.
-A co u ciebie?-zapytała mnie po chwili Madeliene.
-W porządku. Zatrzymałam się u koleżanki ze szkoły -skłamałam na co Niall głośno parsknął śmiechem.
Zmroziłam go wzrokiem, więc zajął się dokańczaniem kolacji.
-Długo u niej zostaniesz? -smutny głos przyrodniej siostry dźgnął mnie w żołądek. Zrobiło mi się jej szkoda.
-Wrócę do domu, gdy będziesz czuła się lepiej, dobrze? -po drugiej stronie słuchawki usłyszałam ciche potwierdzenie - A jesz, Maddie? -dodałam.
-Pozwalasz mi? -zapytała zdziwiona.
O Boże. Co ja najlepszego zrobiłam?
-Oczywiście, chcę żebyś jadła. - zaoponowałam. - Proszę cię żebyś jadła -poprawiłam się gdy nic nie odpowiedziała.
-W takim razie, ja ciebie też proszę żebyś jadła -powiedziała powoli oddzielając każde słowo
-Przysięgam - z moich oczu poleciały łzy.
W tym samym czasie Niall postawił przede mną talerz z ciepłą parówką, która szczelnie owinięta była kruchym ciastem francuskim.
Chłopak zauważył moje łzy i starł je kciukiem sygnalizując wcześniej co zamierza zrobić. To było miłe. Nawet nie pomyślałam o tym, aby się wzdrygnąć, odsunąć czy zaprotestować.
-Muszę kończyć, Maddie -powiedziałam przepraszającym głosem.
-Ja w sumie też. Zadzwonię jutro, pa-rozłączyła się.
Spojrzałam na spore zawiniątko leżące naprzeciwko mnie. Wyglądało smacznie. Westchnęłam
Smaczne=kaloryczne
Mój oczy zwróciły uwagę na jedzącego Nialla. Chłopak robił to mechanicznie, nie zastanawiał się nad niczym.
Chwyciłam dzielnie swój widelec w lewą, a nóż w prawą rękę. Ukroiłam mały kawałek i podmuchałam na niego.
Lena, dasz radę -powiedziałam do siebie.
Kawałek powędrował wyżej, do moich ust. Zamknęłam oczy, wstrzymałam oddech i wpakowałam jedzenie do buzi.
Przeżułam i połknęłam. Nie miało to dla mnie żadnego smaku.
Tym sposobem zjadłam prawie połowę swojej porcji.
Dla Madeliene.
_____________________________
Dominika (icantbreatheicantsmile):
Tadam! No i mamy nowy rozdział. Może nie powali Was treścią na kolana, ale mam nadzieję, że choć troszkę się spodoba. Napisałyśmy go już jakiś czas temu i oczywiście trzymałyśmy "na później". Teraz, przyznam szczerze, rezerwa się kończy, a czasu coraz bardziej brak.
Ponadto mądra (lewonożna) ja zapisałam się na treningi piłki nożnej. Tak, również biję sobie sarkastyczne brawa. Ach, obiecuję, że kiedyś z głupoty skoczę z mostu :/
Pozdrawiam xx

Rozdział 13

Edytuj post 5 komentarzy
Otworzyłam drzwi różowego pokoju Maddie. Dziewczynka leżała na swoim białym łóżku z niewysokim baldachimem. Jej oczy, wciąż zmęczone, ożywiły się, gdy zobaczyły moją osobę w wejściu.
-Wyspałaś się trochę?-zapytałam ostrożnie siadając w nogach łóżka okrytego kołdrą (pomińmy, błagam, fakt iż na  pościeli znajdowały się twarze chłopaków z One Direction).
Dziewczynka spojrzała na mnie podejrzliwie. Jej podwójny podbródek zamienił się w małą fałdkę, gdy przyglądała się mojej twarzy. Nie wiem czego się doszukiwała.
-Przysłali cię tutaj? -szepnęła.
Rozejrzałam się po pokoju.
-Kto? -zapytałam  zdezorientowana.
Maddie zmrużyła oczy.
Po chwili zdałam sobie sprawę, że zasnęła.
Pochyliłam się nad jej łóżkiem i pocałowałam jej chłodne czoło.
Nieznacznie zmieniła swoją pozycję, ale nie obudziła się. Wychodząc z jej pokoju zamknęłam ostrożnie drzwi.
Na palcach przeszłam wąskim korytarzem, który Elizabeth ozdobiła zdjęciami ze swojej młodości.
Mała El na nartach, mała El nad morzem,... o, była też na Majorce z rodzicami. Pięknie błękitna woda.
Bardzo udane dzieciństwo, bardzo.
Dlaczego los nie jest sprawiedliwy? Dlaczego ona ma te wszystkie szczęśliwe wspomnienia, a moje dzieciństwo składało się tylko z pożegnań: najpierw tata, potem mama, babcia. Czemu ona ma tyle zdjęć z przyjaciółkami, kiedy ja nie mam ani jednej koleżanki? Dlaczego jej rodzice zabierali ją wszędzie, podczas gdy moi stopniowo mnie opuszczali? Dlaczego ona miała złocistą, opaloną skórę, a moja jest blada, sucha i poraniona? Dlaczego jej uśmiech nie jest fałszywy? Odpowiedź jest prosta: ją ktoś kocha, ona radzi sobie z problemami, nie ma depresyjnego charakteru. Ona nie jest mną.
Dziwi mnie tylko to, że wychowano ją na taką wypraną z uczuć istotę, która musi otaczać się tymi pamiątkami, aby nie zapomnieć co to szczęście.
-Lena, możemy porozmawiać?-do moich uszu doszedł ten dźwięczny aczkolwiek chłodny głos.
Wróciłam się pięć kroków i zajrzałam za białą framugę.
Tata siedział za dębowym biurkiem. Obracał nerwowo telefon w dłoniach.
Elizabeth stała przy oknie. Jej palce zostawiały ślady na szybie.
Całe pomieszczenie było jakby martwe. Nawet zapach był... niewłaściwy?
Jakby ktoś trzymał tu coś zdechłego, a później popsikał niechlujnie ściany pomieszczenia tanim odświeżaczem w sprayu.
W mojej głowie pojawiła się puszka z ogromną nalepką "Zapach: Idealna Rodzina. Przechowywać z dala małych dzieci i zwierząt domowych. Łatwopalna substancja".
Przybiłam sobie w myślach piątkę.
-Może usiądziesz? -zapytała oficjalnie Elizabeth. W jej oczach dostrzegłam coś, czego chyba nikt nigdy u niej nie miał okazji widzieć - smutek, rozpacz.
-Postoję- mruknęłam.
Macocha oparła się o parapet dłońmi i spojrzała na swojego męża.
-Lena, kochanie wiesz jaka jest sytuacja. Maddie dopiero wróciła ze szpitala. Potrzebuje spokoju, więc ja i Elizabeth pomyśleliśmy, że mogłabyś pomieszkać u koleżanki przez jakiś czas. Colin już godzinę temu spakował się i wprowadził do kolegi na Hackney.
Przecież tam jest niebezpiecznie-pomyślałam. Spojrzałam w oczy taty tak samo brązowe jak i moje.
-Proszę-powiedział błagalnym tonem po polsku.
Elizabeth kaszlnęła sztucznie. Nienawidziła, gdy tata mówił po polsku.
-Oczywiście, Madeliene potrzebuje spokoju. Wezmę trochę rzeczy i już mnie nie ma -powiedziałam wychodząc z pokoju.
Przeszłam parę kroków, ale zatrzymał mnie krzyk:
-Masz do kogo iść? -zapytał tata.
Uśmiechnęłam się pod nosem i kopnęłam jedną z donic na korytarzu. Kilka grudek ziemi wysypało się na jasną wykładzinę. Proszę, macocho.
-Pewnie, nie martwcie się-skłamałam.
Rozdrobniłam butem ziemię i wtarłam ją mocniej w wykładzinę, aby pozbycie się jej zabrało trochę czasu.
Później szybko pobiegłam do mojego pokoju i zgarnęłam jak szło rzeczy do torby podróżnej. Kiedy wydawało mi się, że jest w niej już wszystko czego potrzebowałabym przez kilka dni wyszłam z domu biorąc pod pachę kilka par wygodnych butów i jedną kurtkę. Nie żegnałam się z nikim. Nawet z Maddie.
Miałam ochotę płakać.
Oczywiście tego nie zrobię, powstrzymuję się.
Przystanęłam przy bramkach na metrze. Wyjęłam portfel i zaczęłam szukać mojej karty. Koszt przejazdu metrem był o wiele mniejszy z tym kawałkiem plastiku niż gdybym miała kupować bilet na miejscu.
Wyglądało niestety na to, że dzisiaj nie uda mi się zaoszczędzić paru funtów -zostawiłam kartę w domu.
Nie kupię też biletu za pieniądze. Chyba, że ktoś sprzeda mi go za 1,50£, ponieważ tyle aktualnie udało mi się wygrzebać z rowków między przedziałkami portfela.
Cholera jasna, Lena, ty to masz mózg.
Pokonana usiadłam na ławce. Kopnęłam swoją torbę. Z bocznej kieszeni wyleciał mi telefon. Wzięłam go do ręki i wybrałam numer.
Tylko dwa sygnały i już odebrał.
-Halo -powiedział znany mi głos. W tle słychać było głośną muzykę i okrzyki pijanych nastolatków.
-Colin? -spytałam dla całkowitej pewności.
-O, hej siostrzyczko. Ciebie też wyrzucili?-brzmiało to jak pytanie retoryczne.
-Gdzie jesteś? -zapytałam.
W ciągu pół minuty nikt się nie odezwał po drugiej stronie słuchawki, ale dało się zauważyć, że muzyka trochę ucichła.
-Jestem u mojego kolegi -powiedział starając się przekrzyczeć wciąż nieznośny hałas.
-Jasne, pa -powiedziałam lekko zawiedziona. Miałam nadzieję, że po mnie przyjedzie. Nie mam przecież nikogo do kogo mogłabym pójść.
Znów zostałam sama. Kolejny raz kiedy ktoś mnie zawodzi.
Ale czy mogę mieć pretensje do Colina? Czy mogę tak po prostu obwiniać go za to, że jest lubiany, że ma kolegów, że potrafi się do kogoś odezwać? Czy jego winą jest to, że  nie radzę sobie z relacjami międzyludzkimi? Dlaczego miałabym go oskarżać o to, że nikt nie potrafi do mnie dotrzeć, a raczej to ja nie dopuszczam do siebie nikogo?
Mamo, błagam cię, zrób coś -pomyślałam i spojrzałam w górę. Wyobraziłam sobie, że siedzi na niebie i kiwa głową. Jej oczy są o wiele jaśniejsze od nieba. Trochę jak woda ze zdjęcia w korytarzu Elizabeth przedstawiającego ją i jej rodziców na wakacjach.
Do niedawna myślałam, że tylko Ona miała tak niesamowicie piękne oczy. Przekonałam się kilka tygodni temu, że myliłam się.
-Co tu robisz sama o tej porze? -powiedział znajomy głos.
Podszedł bliżej i upewniłam się w swoim przekonaniu. Stał przede mną średniego wzrostu blondyn, członek sławnego zespołu.
-O to samo mogę ciebie zapytać. Skąd się tutaj wziąłeś?- powiedziałam po otrząsnięciu się z szoku.
Za wszelką cenę starałam się uniknąć jego wzroku. Niebieskie tęczówki nie dawały mi spokoju.
-Odprowadzałem chłopaków z zespołu. -powiedział powoli.
Pokiwałam głową. Jutro poniedziałek, więc imprezy kończyły się wcześniej. Rano trzeba wstać do pracy lub szkoły.
Spojrzał na mnie wyczekująco.
Zorientowałam się, że wypada coś powiedzieć.
-Muszę na parę dni wyprowadzić się z domu. -westchnęłam.
- I zamierzasz zamieszkać na stacji metra? -zadrwił.
Skrzywiłam się. Przecież tu jest brudno. Chyba zgłupiał.
-Jeszcze nie wiem, ale na pewno  nie zostanę tutaj. -zapewniłam.
Zmarszczył czoło i wyciągnął dłoń w moją stronę.
-No, chodź. -popędził.
Uniosłam brwi w geście niewiedzy.
-Nie zostawię cię tutaj. Poza tym mam wolny pokój -wytłumaczył.
-Niall, ja cię nie znam. -powiedziałam cicho.
Westchnął.
-Nazywam się Niall Horan, pochodzę z Irlandii. Urodziny obchodzę 13 września, pasuje? -uśmiechnął się.
Odwzajemniłam gest. Zaufałam mu, mimo, że powiedział mniej niż mogłabym przeczytać o nim na Wikipedii.
Chwyciłam wciąż wyciągniętą w moim kierunku dłoń i podniosłam się z ławki.
Zabrał moją torbę i przewiesił ją sobie przez ramię.
Czyżby mama mnie usłyszała? To ona go do mnie przysłała?
-Dziękuję -powiedziałam by oboje usłyszeli.
I mama i Niall.
_______________________________
Dominika (icantbreatheicantsmile):
Jak wam życie mija, Kochani? :D
Mam nadzieję, że macie trochę więcej czasu niż ja i Kamila.
Teraz rezygnuję z nauki trenu VIII J. K.,  aby pisać ten króciutki rozdział. Za tydzień odpuszczę sobie naukę na sprawdzian z geografii. Przez najbliższy okres czasu posty będą pojawiać się regularniej i częściej :) Buziaki!
Kamila (Pointles)
Moi najdrożsi!
Jejku, czuję się jakbym właśnie odwalała jakieś przemówienie na ślubie, czy coś.
Ja jestem trochę bardziej ambitna (bez obrazy) niż koleżanka wyżej i twardo uczę się Trenu VII Jana Kochanowskiego (serio, u mnie wszyscy w klasie wzięli ósmy, why?). Oraz kuję do sprawdzianów, więc prawie całość tutaj co jest napisane należy do Dominiki (leniwa ja).
Tak więc powinniśmy czcić ją tutaj jak Boga, ale serio - nie chcę żeby bolały mnie kolana - so... Dziękujemy Ci Dominiko.
Wracając do: ''Moi najdrożsi!''
Jak wam mija życie?
Podobał wam się ten rozdział?
I wasze prośby w komentarzach pod tytułem: Mój Boże, chce więcej, Next! Next! Next!, zostały wysłuchane.

niedziela, 16 marca 2014

Rozdział 12

Edytuj post 9 komentarzy

Złote promienie słońca przedarły się przez moje powieki, zmuszając moje ciało do obudzenia się.
Oczywiście nie muszę dodawać, że ani ja, ani moje ciało nie mieliśmy najmniejszej ochoty wstawać.
Najchętniej leżałabym do jutra... Nie, zmieniam zdanie - do końca mojego życia, które mam nadzieje nie potrwa już długo.
Powoli uprzytomniłam się, a zdarzenia wczorajszego dnia do końca mnie rozbudziły.
Maddie, nie!-krzyczałam w duchu. To wszystko moja wina. Moja i tylko moja. To ja powiedziałam jej te wszystkie bzdury, to przeze mnie wylądowała w szpitalu.
Szpital. Muszę do niej jechać.
W tym samym momencie uświadomiłam sobie jeszcze jedną istotną rzecz. Mianowicie to, że praktycznie obcy mi chłopak imieniem Niall (czy muszę wspominać, że nie jestem jedną z tych nastolatek, które szaleją za nim - członkiem najsławniejszego na świecie boysbandu?) przewiózł mnie do swojego domu i położył do łóżka.
Stawiłam czoła lękowi i otworzyłam jedno oko. Dobrze Lena, teraz czas na drugie -powiedziałam do siebie w myślach.
Ukazał mi się pokój, być może sypialnia. Kremowe ściany z białymi akcentami otaczały mnie z wszystkich czterech stron. Równie białe ramki zawieszone na tychże ścianach mieściły w sobie zdjęcia małego chłopca o jasnych włosach, niebieskich oczach i lekkiej posturze w towarzystwie kobiety i mężczyzny. Byli oni, jak się domyślam, jego rodzicami. Na innych zdjęciach ten sam chłopiec trzymał albo trzymał gitarę albo znów stał z jakimś członkiem swojej rodziny. Zwróciło moją uwagę, że na każdym z tych obrazków był uśmiechnięty od ucha do ucha, ukazując rząd nie do końca równych, ale za to jakich uroczych ząbków.
Moje oczy skierowały się na kilka stojaków w kącie pokoju, na których stały wszelkiego rodzaju gitary. Akustyczne, klasyczne, elektryczne,... Naliczyłam łącznie sześć instrumentów, każdy w idealnym stanie. Podejrzewam, że na żaden z nich mnie aktualnie nie stać. Jako miłośnik gitary, nie mogłam pozwolić na zmarnowanie okazji na dotknięcie takich pięknych instrumentów.
Bardzo delikatnie przejechałam opuszkami palców po zimnych strunach. Na całe szczęście dźwięki nie były na tyle głośne by ktokolwiek stojący kilka metrów dalej mógł je usłyszeć. Uśmiechnęłam się.
-Podobają ci się? -na dźwięk tego głosu o mały włos nie wpadłam na podziwiane wcześniej instrumenty.
Niall, ubrany w w siwy podkoszulek i zwykłe, niebieskie dżinsy, stał w drzwiach pokoju niecałe pięć metrów ode mnie. Niewiele różnił się od chłopca ze zdjęć w białych ramkach wiszących obok jego głowy. No, może miał prostsze zęby.
-Przepraszam, nie powinnam była ich dotykać, są twoją własnością. -wyjąkałam speszona.
 Podszedł bliżej uprzednio sygnalizując swój zamiar wzrokiem.
Zręcznie chwycił gitarę, którą wcześniej oglądałam i podał mi ją.
-Trzymaj.-powiedział.
-Tak po prostu?-zapytałam zanim zdążyłam ugryźć się w język.
Dziwnie się na mnie spojrzał.
-Dlaczego nie?-wzruszył ramionami w zabawny sposób.
-Ja nie lubię gdy ktoś dotyka moich rzeczy. -wytłumaczyłam jakby go to interesowało.
Pod pretekstem dalszego oglądania instrumentu odwróciłam od niego wzrok.
W moich rękach gitara wydawała się jeszcze piękniejsza niż wcześniej, na stojaku.
Mimo to, wciąż byłam przekonana, że nie powinnam jej trzymać i wręczyłam ją jej właścicielowi.
Pokiwałam tylko głową, a Niall nic nie powiedział. Zrozumiał bez słów.
-Masz ochotę na naleśniki?- zapytał zmieniając zręcznie temat. A może nie tak do końca zręcznie?
Śniadanie=jedzenie.
-Jasne-kłamstwo wyszło mi nadzwyczaj dobrze.

Po zjedzeniu połowy naleśnika bez nadzienia trzymałam się mocno za brzuch. Zawsze odnosiłam wrażenie, że jeżeli nie będę tego robiła, żołądek rozrośnie się do gigantycznych rozmiarów i umrę na otyłość. Toteż ściskałam brzuch obiema rękami tak mocno, jak tylko potrafiłam.
-Wszystko dobrze? -zapytał Niall równocześnie prowadząc auto.
Nadal wydawał się lekko speszony po naszej wcześniejszej rozmowie odbytej w jego kuchni. Oczywistym było to, że chciałam dowiedzieć się jakim cudem trafiłam do niego. Mimo, że byłam szczerze wdzięczna za opiekę, nie przepadałam za podejmowaniem decyzji za moimi plecami.
On nie widział w tym nic nieodpowiedniego.
-Moja przyrodnia siostra trafiła do szpitala. Przeze mnie. Przepraszam, ale mogę wydać się nie miła. Odpowiadając na pytanie: nie, nic nie jest dobrze-wypuściłam z siebie słowa niczym karabin maszynowy naboje.
Na tym zakończyła się nasza krótka, aczkolwiek treściwa rozmowa.

Przejeżdżałam czubkiem mojej czarnej tenisówki po tworzywie jakim wyłożone były podłogi na szpitalnym korytarzu. Elizabeth i tata siedzieli w pokoju, w ktòrym leżała Maddie. Załatwiali jakieś formalności związane z wypisem dziewczynki. W duchu cieszyłam się, że jej stan pozwala na powrót do domu.
Tak, nikt się nie przesłyszał ani nie przewidział: cieszyłam się z powrotu różowego potworka.
Nie rozumiem co się stało, jakim cudem tak szybko zmieniłam nastawienie do całej tej idealnej rodzinki. Najpierw był Colin, a teraz Maddie. Czy do Elizabeth również uda mi się przekonać?
-Nie wydaje mi się-powiedziałam pod nosem odpowiadając na własne pytanie i ściskając mocniej jej torebkę. Kazała mi ją potrzymać nim weszła na salę z tatą.
Skurzana, ciemno brązowa ze złotawo-rdzawymi akcentami po bokach. Większa niż foliówka na pieczywo dawana za darmo w super marketach.
Pachniała nienagannie, ponieważ w środku wiedźma umieściła małe saszetki uwalniające zapach.
Miałam cichą nadzieję, że jakimś cudem pozostanie na torbie choć nutka szpitalnego odoru chorych ludzi.
Wymyśliłam nawet, jak można by nanieść ten smród. Najpierw musiałabym skoczyć na izbę przyjęć i pogrzebać w koszu z odpadkami medycznymi, co nawet w myślach budziło we mnie odruch wymiotny. No, ale w końcu czego się nie robi...
Nie dane było mi dokończyć mój inteligentny plan - białe drzwi uchyliły się nieznacznie.
-Hej Lena -powiedziała niska postać.
Na jej szpitalną piżamkę w pośpiechu nałożono cieńki płaszczyk, a na grube skarpetki odziano trampki za kostkę, które nie miały nawet zawiązanych sznurowadeł. Twarz okalały już lekko przetłuszczone, jasne włosy.
Nikt pewnie nie uwierzyłby mi, gdybym teraz powiedziała, że dziewczynka szeroko się uśmiechała w tym momencie, ale taka była rzeczywistość. Nie było na niej choćby cienia smutku czy żalu do mnie. Jedyne, co dostrzegłam to lekkie zmęczenie w postaci podkrążonych oczu.
-Cześć Maddie -mówiąc to, podbiegłam do niej i przytuliłam ją.
O dziwo, dziewczynka odwzajemniła uścisk.
-Cieszę się, że cię widzę -powiedziała nie odrywając się od mojej szyji.
-Ja też. A gdzie twoi rodzice? -zapytałam, gdy zorientowałam się, że tylko Maddie wyszła z sali.
Dziewczynka puściła mnie na tyle, by mogła obrócić się w stronę drzwi.
-Chyba lekarz chciał jeszcze z nimi porozmawiać -powiedziała i wruszyła ramionami.
Kiwnęłam tylko głową na znak, że rozumiem.
Usiadłyśmy na plastkowych krzesłach ustawionych wzdłuż korytarza, z których wcześniej nie korzystałam.
Po paru minutach poprosiłam by popilnowała torby Elizabeth, a sama poszłam do automatu po herbatę dla małej.
Wracjając z gorącym kubkiem w ręce poczułam jak w kieszeni spodnii wibruje mi telefon.
"Wszystko OK?" - wiadomość od Nialla.
To było miłe z jego strony. Wszystko co robił było miłe, więc kto by się dziwił.
Odpisałam grzecznie, że wszystko w porządku i wróciłam pod salę.
Maddie stała oparta o ścianę, a Elizabeth i tata stali ramię w ramię naprzeciw mnie.
Bez słowa podałam przyrodniej siostrze papierowy kubek z herbatą.
-Dziękuję -powiedziała ogrzewając sobie jednocześnie ręce.
Spojrzałam na tatę. Nie napotkałam jego wzroku -wpatrywał się w ścianę.
Macocha miała identyczny wyraz twarzy. Co jest grane?
-I jak, jedziemy do domu? -moje słowa wybudziły ich z transu. Oboje przytaknęli i wyszliśmy ze szpitala.
___________________________________

Dominika (icantbreatheicantsmile):
Cześć wszystkim! Nie mam pojęcia czy spodoba się Wam rozdział dwunasty, nie wiem czy mi samej się podoba. Tak jest za każdym razem "Och, tu mogłam coś dopisać! O Boże, to nie brzmi dobrze...". Same wiecie o czym mówię. Pozostawiamy, więc ocenę Wam - czytelnikom :) Buziaki! ;D

czwartek, 27 lutego 2014

Rozdział 11

Edytuj post 9 komentarzy
Nerwowo zaciskając ręce na bokach fotela starałam się nie patrzeć na kierowcę.
Od momentu kiedy wsiadłam do auta żadne z nas nie odezwało się nawet słowem, a ja byłam zbyt speszona by to zmienić.
Jechaliśmy do Maddie. Szczerze mówiąc nie wiedziałam skąd mógł mieć adres właściwego szpitala, ale średnio mnie to obchodziło.
Zdałam sobie sprawę, że mało co mnie obchodzi, niczym i nikim się nie przejmuję.
-Dziękuję -powiedziałam cicho, tak, aby zabrzmiało to jak najbardziej szczerze. Chciałam by nie myślał o mnie jak o samolubnej, rozpieszczonej małolacie (którą w rzeczywistości pewnie byłam).
Nie tracąc panowania nad kierownicą spojrzał w moją stronę zaskoczony. Zmarszczył brwi, jakby zastanawiając się nad odpowiednim doborem słów. Otworzył usta i miał już zamiar coś powiedzieć, ale widocznie zrezygnował.
-Nie masz za co dziękować. -powiedział tylko. Jedno zdanie. Pięć słów. Żadnego zobowiązania.
I aż do końca podróży nikt się nie odezwał. Ja ''podziwiałam'' widoki za oknem, Niall - skupiał się na prowadzeniu auta.
Po jakichś dziesięciu minutach od tej neutralnej wymiany uprzejmości zauważyłam za szybą ogromny budynek pomalowany na jakieś dziwne odcienie beżu i brązu. Widziałam co najmniej kilkadziesiąt okien w staromodnych białych ramach i jedno wejście główne na parterze mogące pomieścić pięć osób. ''Szpital'' - informowała tablica. Jesteśmy na miejscu.

-Przepraszam panią, moja przyrodnia siostra Maddie Roztocki trafiła do tego szpitala, gdzie mogę ją znaleźć? -zapytałam pulchną, czarnoskórą pielęgniarkę.
Jej jasno siwy strój składający się z zapinanej bluzki i spódnicy do kolan był dokładnie wyprasowany, a włosy misternie ułożone z koka z tyłu głowy.
Czułam odór silnego lakieru do włosów, który miał za zadanie utrzymywać fryzurę w porządku.
Poprosiła bym przeliterowała dokładnie nazwisko i sprawdziła dane w komputerze.
-Tak, racja, mamy tu taką dziewczynkę... Niestety nie wolno mi udzielać żadnych konkretnych informacji -powiedziała, ale nie brzmiało to tak, jakby było jej z tego powodu przykro. Wręcz przeciwnie - można by odnieść wrażenie, że bycie wredną jędzą sprawia jej przyjemność.
Niall stojący za mną i przypatrujący się tej całej sytuacji podszedł teraz do biurka i lekko się nad nim pochylił. Mrugnął do mnie. W co on się bawi?
-Na prawdę nie da się nic zrobić? -zapytał tym swoim uroczym tonem.
Kobieta spojrzała na niego zza swoich teczek i zarumieniła się. Odłożyła papiery na bok biurka.
-Wydaje mi się,... wydaje, że mogę wam pomóc. -wydukała powoli i wróciła do swojego komputera.
Znalazła szybko właściwe dane. Numer sali i piętro spisała na małej, żółtej, samoprzylepnej karteczce. Wyciągnęła ją w stronę Nialla, ale zawahała się jakby przypominając sobie, że pierwotnie to ja byłam zainteresowana moją przyrodnią siostrą. Ostatecznie podała ją mi, ale jej wredna natura nakazała przesłać ohydne spojrzenie. Z chęcią powiedziałabym jej parę słów, ale ze względu na obecną sytuację i niewiadomy stan Maddie opanowałam się i szybkim krokiem ruszyłam do miejsca zapisanego na żółtym kawałku papieru.
 Wcisnęłam metalowy, okrągły przycisk, który ma za zadanie ''przywoływać'' windę i postarałam się zapomnieć o bakteriach na nim pozostawionych.
Wsiedliśmy do windy, która nadjechała po kilkudziesięciu sekundach spędzonych w idealnej ciszy.
-Nie martw się, wszystko z nią dobrze. -powiedział blondyn. Jego niebieskie tęczówki napotkały mój  lekko zdziwiony wzrok, ale nie wyglądał na skrępowanego.
-Mam nadzieję -odpowiedziałam. Cały czas starałam się być twarda i nie okazywać żadnych uczuć. Nie jestem słaba, nie rozpłaczę się -powtarzałam sobie w duchu. Zacisnęłam dłonie w pięści i pozostałam niewzruszona.
Winda wydała charakterystyczny dźwięk i drzwi otworzyły się na odpowiednim piętrze.
Nie chciałam tracić czasu i szybkim krokiem wyszłam na korytarz, rozejrzałam się.
Według żółtej karteczki Maddie była w sali numer 276.
Spojrzałam na tabliczkę nad drzwiami najbliżej mnie - 268.
Moje oczy rzucały się na każde mijane drzwi.
270...274...275... Jest! 276!
Nie zastanawiając się dłużej chwyciłam klamkę i wbiegłam do środka.
-Maddie! -krzyknęłam na widok grubawej dziewczynki położonej na metalowym łóżku przykryta biało-niebieską kołdrą. Jej oczy były zamknięte, ale klatka piersiowa powoli unosiła się i opadała.

  Moja wina, to wszystko moja wina. Moja, moja, moja, nikogo innego. Powinnam jej nagadać bzdur o tym, że jest piękna taka jaka jest i że Bóg stwarza różnych ludzi i on najwyraźniej miała mieć taką figurę, ale nie... musiałam przecież wciągnąć ją w tą dietę. Myślałam, że przecież będzie jeść, tylko że trochę ograniczy. Że będzie ćwiczyć, ale nie będzie zamęczała się na śmierć. Zapomniałam, że to wciąga. Zapomniałam że gładko opiłowane szpony anoreksji wciągną ją głęboko w to całe gówno, zamykając ją w ciasnym pudełku własnych kompleksów. Zapomniałam, że można się w tym utopić, powoli schodząc na dno, a potem nie się już siły na odbicie od dna, na wynurzenie się. Samemu nie da się odbudować, a ja ją zostawiłam. Zostawiłam ją wtedy, kiedy powinnam być w każdej sekundzie, pilnując ją i dbając. Zawsze wszystko spieprzę.
  Teraz kiedy siedzę na szpitalnym korytarzu, zwinięta w mały kłębek obok ściany i opieram głowę na własnych kolanach, nie jestem w stanie odróżnić moich myśli od rzeczywistości. Nie jestem pewna, czy siedzący obok Niall to obraz mojej wyobraźni, czy może rzeczywistość. Nie potrafię powiedzieć czy jego uspakajające słowa to omamy, czy prawdziwy świat. Ale kiedy przez załzawione oczy widzę tego chłopaka rozmawiającego z moim ojcem, który kiwa głową i mu dziękuje, a następnie ten blondyn bierze mnie na ręce i niesie w stronę drzwi wyjściowych mogę wam potwierdzić, że to tylko sen. Chyba, że się mylę.
  Nie umiem protestować, kiedy czyjeś ciepłe ręce oplatają moje uda, gładko zawieszając je na czyiś biodrach. I nie umiem wydusić z siebie głosu, kiedy te ręce oplatają mnie w talii. I możliwe, że nie kontroluję siebie, kiedy mocniej wczepiam się w te ciało, obwieszając swoje ramiona na czyiś barkach. I pomimo to, że chcę, nie umiem protestować, że ktoś zabiera mnie co raz dalej od Maddie. I pewne jest, że ten zapach, oddech odbijający się od mojej szyi i rytm serca, który wyczuwam przyciskając nos do czyjejś szyi, uspakajają mnie. Próbuję rozpoznać ten głos, który mówi mi do ucha, że zaraz będę w domu i kiedy już prawie wiem, to wszystko wymyka się z mojej głowy, znów zostawiając pustkę, zapełnioną tylko: to moja wina. I dopiero wtedy, kiedy ten ktoś usadza mnie na przednim siedzeniu pasażera, zapinając mi pasy, mogę rozpoznać to wszystko. I może jest mi trochę zimno bez ciepła drugiej osoby obok, ale wiem, że ten ktoś jest na wyciągnięcie ręki. Przecież słyszę jego ciche podśpiewywanie. I może nie umiem powstrzymać drgawek od ciągłego szlochu, ale mój rytm serca jest spokojniejszy, kiedy czuję jego zapach. I przecież wiem, że tam gdzie mnie teraz niesie to wcale nie mój pokój, to miejsce to nawet nie mój dom, ale nie boję się, czuję się bezpieczna i mu ufam. Więc kiedy on kładzie mnie na łóżku i przykrywa kołdrą, nucąc jakieś kołysanki ze swojego dzieciństwa, mruczę:
-Dziękuję, że tu jesteś Niall.
I śpię.
_________________________
Nawet nie wiem, kiedy ostatnio był rozdział.
Cieszę się, że nie było chyba wcale żadnego komentarza z tekstem: dodawajcie częściej.
Mam ochotę odwalić szalony taniec radości, ale mam gorączkę, boli mnie głowa itp. i nie jestem w stanie.
Pozdrawiam, Kamila.
Jaki duży szok przeżyliście, że w tej notce nie ma żadnego marudzenia?

Cześć Kochani! Zostawiamy Waszej ocenie ten rozdział i mamy nadzieję,
że nie znienawidzicie Nas za tak duże odstępy w publikacji rozdziałów.
Buziaki, Dominika.

niedziela, 26 stycznia 2014

Rozdział 10

Edytuj post 12 komentarzy
 Przeczytaj notkę pod rozdziałem, proszę.
 Nie oszukujmy się: jestem przerażona. Siedzę na parapecie w swoim pokoju, ciasno przyklejona nosem do szyby i próbuję wypatrzeć jakikolwiek ruch przed domem. Zegar pokazywał za dwie siódmą, a cienka wskazówka irytująco tykała, jeszcze bardziej przybliżając mnie do TEJ godziny. Zobaczyłam jak jakieś obce mi auto parkuje na podjeździe i przerażona zbiegłam szybko na dół, po drodze chwytając granatową kurtkę i rzucając ją na wieszaki poślizgnęłam się na panelach, ale szybko odzyskałam równowagę. Stałam już przy drzwiach wyjściowych, kiedy rozległo się pukanie. Na szczęście nikogo nie ma w domu, oprócz Madie, ale ona zasnęła. Jest już dość zmęczona dietą.Odliczyłam 20 sekund, zanim otworzyłam drzwi, za którymi, co jest dość oczywiste, stał Ben i wymusiłam uśmiech w jego stronę. Ostatnio sporo ćwiczyłam przed lustrem i jestem pewna, że to chociaż przypomina uśmiech.
-Cześć, piękna. - przywitał mnie i wszedł do środka, korzystając z tego, że bardziej uchyliłam drzwi.
-Hej. - odpowiedziałam krótko.
Chwyciłam za kurtkę i na prawdę zdziwiłam się, kiedy Ben odebrał ją ode mnie i pomógł nałożyć. Potem szybko naciągnęłam na stopy buty i już byliśmy na zewnątrz. Chłopak otworzył mi drzwi czarnego, dużego auta i zamknął je za mną.
-Mógłbyś mi... Ymm... Więc. Gdzie mnie zabierasz? - spytałam bardzo, bardzo przestraszona, że jakiekolwiek źle wypowiedziane słowo, zmusi go do zrobienia mi czegoś.
-Myślałem o kinie, ale to takie przereklamowane. A moja kuzynka ma cukiernie. Więc pomyślałem, że możemy zrobić tam razem babeczki. Jeśli chcesz, oczywiście.- odpowiedział, a ja odetchnęłam z ulgą.
-Tak, chętnie coś upiekę. - wcale nie miałam ochoty.
I wtedy to do mnie dotarło. Zostanę sama, samiusieńka z Benem w cukierni, gdzie nikt nie usłyszy moich krzyków. Zabijcie mnie, błagam.
Ben zaparkował przed dość dużą cukiernią, gdzie uwielbiała chodzić Madie. Martwiłam się trochę o nią. Oczywiście miała przejść na dietę, ale w planach nie było anoreksji. Ostatnio prawie nic nie jadła, a powinna coś jeść. W końcu dopiero wchodzi w okres dojrzewania i nie może przejść na całkowitą głodówkę, Miała ograniczyć jedzenie, a nie je odrzucić. Myślę, że...
Moje przemyślenia przerwał Ben, który otworzył przede mną drzwi i wyciągnął swoją rękę ku mnie, aby pomóc mi wysiąść. Niezależnie jak bardzo nie chciałam go dotknąć, przyjęłam jego pomoc, ponieważ praktycznie nie posiadam koordynacji ruchowej. Chłopak zamknął drzwi samochodu i poprowadził mnie do pomieszczenia, wciąż trzymając moją dłoń. Pozwoliłam mu na to, bojąc się jego reakcji na mój sprzeciw.
*jakiś czas potem*
Z związku z tym, że babeczki spaliły się na wiór, postanowiliśmy pójść do jakiejś kawiarni (raczej Ben postanowił, a ja nie potrafiłam mu się sprzeciwić). Zamówiłam tam zieloną herbatę, a on cafe creme. Chłopak na prawdę się stara być miłym i nawet powoli przestaję się go bać. Wydaje mi się, że on tylko w szkole zachowuje się tak ''niegrzecznie'', choć w rzeczywistości jest miłym, uprzejmym, na prawdę okej kolesiem. Wszyscy mamy maski.
Nagle poczułam wibrację w kieszeni moich spodni. Tak, tak - ubrałam na randkę spodnie. Tyle, że nie jest to prawdziwa randka, więc któż by się tym przejmował?
Zostawiłam Bena samego przy stoliku zachowując się przy tym bardziej nieuprzejmie niż w rzeczywistości na to zasługiwał.
Wyjęłam telefon z kieszeni i przycisnęłam kciukiem zieloną słuchawkę na ekranie nie spoglądając nawet na wyświetlacz w celu ustalenia mojego rozmówcy.
-Hal...-nie dokończyłam, bo przerwał mi zapłakany głos Elizabeth.
-Lena?! Boże, Lena dobrze, że odebrałaś! Przyjedź szybko do szpitala w centrum. -w tym momencie głos macochy urwał się, a szloch zamienił się w wrzask godny zabijanego łopatą kota.
-Spokojnie, przestań płakać i wytłumacz mi o co chodzi. -powiedziałam zachowując zimną krew.
-Bo ja i twój tata byliśmy u moich rodziców, w Cambridge i... i dostaliśmy telefon ze szpitala. Moja córeczka zasłabła w domu, znalazł ją Colin. Nie wiemy jak długo była nieprzytomna.
Emocje nie pozwoliły jej na dalszą rozmowę i zastąpił ją tata wykazując się przy tym stoickim spokojem. Opowiedział dokładniej w okolicznościach, w jakich zastał dziewczynkę jej przyrodni brat. Poprosił też, o jak najszybszy przyjazd do szpitala, pod wskazanym uprzednio adresem.
Niestety oni nie mieli szans na powrót do Londynu w ciągu najbliższych dwunastu godzin - silny wiatr zatrzymał ich na lotnisku wraz z wieloma innymi podróżnymi. Tata przez całą rozmowę pozostał niewzruszony, ale dobrze wiedziałam jak się martwi. Jakimś cudem pokochał tę idealną wiedźmę ze sterylnie czystym domem, więc chyba oczywiste, że traktuje jej dzieci jak swoje własne.
Poczułam lekkie ukucie zazdrości w sercu, które postarałam się zignorować, bo przecież sama zmartwiłam się stanem Madie. Nie tracąc czasu wróciłam z powrotem do stolika, do Bena.
-Przepraszam cię, ale muszę już iść. Moja ''siostra'' zemdlała w domu i tak na prawdę nie wiem nic więcej, więc jak najszybciej muszę jechać do szpitala, do którego ją przewieziono. -powiedziałam siląc się na pozornie rozczarowany ton głosu i westchnienie. Jestem prawie pewna, że się na to nie nabrał, ale mało mnie to obchodzi. Cieszę się tylko, że ta randka już się skończyła.
-Jasne, jedź. -powiedział lekceważącym tonem nie starając się nawet pojąć powagi sytuacji. -A może potrzebujesz podwózki?- powiedział już trochę żywiej z dziwnym błyskiem w oku.
Wstałam od stolika i przysunęłam się jak najdalej od niego a bliżej wyjścia.
-Yyyy, dzięki za propozycję, ale już jedzie po mnie przyrodni brat. Spokojnie wracaj do domu i nie zawracaj sobie mną głowy. -wybąkałam.
Chłopak lekko się zdenerwował co okazywał przygryzaniem policzka od środka. Poczerwieniał na twarzy, ale zacisną zęby i pogodził się z postawioną przed nim sytuacją. Pożegnał się i dzięki Bogu wyszedł nie nalegając ponownie bym jechała z nim.
Wyciągnęłam telefon, aby zadzwonić po Colina, ale zrezygnowałam z naciśnięcia jego numeru.
Najprawdopodobniej był teraz przy Madie w szpitalu. Głupia ja, przecież nie mogę pozwolić na zostawienie jej samej. Zrezygnowana oparłam głowę o ścianę i zaczęłam przeglądać numery w księdze kontaktów.
Mój palec zatrzymał się cyferkach składających się na numer komórki Nialla.
Minęła dobra chwila nim przypomniałam sobie o kogo chodzi i skąd mam ten numer.
 Kiedy doszłam do siebie rozważyłam wszystkie opcje, które nawet w najmniejszym stopniu wchodziły w grę, ale niestety i ja i mój mózg widzieliśmy jedno wyjście. Z zażenowaniem, strachem i zrezygnowaniem jednocześnie pisałam krótkiego i treściwego sms'a do chłopaka. Odpowiedź przyszła znacznie szybciej niż się tego spodziewałam. ''Będę za 5 minut.'' - napisał tylko.
 -------------------------------------
Ymm... To tyle. 
NIENAWIDZĘ się powtarzać.
Ale zrobię to.
NIE MAM POJĘCIA, KIEDY POWSTANIE KOLEJNY ROZDZIAŁ, PONIEWAŻ JA I DOMINIKA MAMY RUCHOMY TERMINARZ, NIGDY NIE WIEMY CO NAM KIEDY WYPADNIE.
Dodatkowo ja często wyjeżdżam, a moja koleżanka nie ma prawie dostępu do komputera. 
Nie chcę być niegrzeczna, ani was czymkolwiek urazić, ale błagam, nie pytajcie się nas, kiedy kolejny rozdział. Nawet gdybyśmy chciały, nie jesteśmy w stanie wam tego określić. Czasem planuję sobie, że w weekend coś tam napiszę, a w sobotę o 6 moja mama mnie budzi i mówi, że mam wstawać, pakować się i wracam do domu w niedzielę o 23. Także oszczędźcie sobie w komentarzach: kiedy next?
Skarby moje, ja rozumiem, że jesteście zniecierpliwieni, chcecie poznać dalszą część, ponieważ ja też czytam i też zawsze nie mogę się doczekać kolejnej części, ale staram się być wyrozumiała i zrozumieć, że ci autory nie żyją tylko i wyłącznie pisaniem. 
Na prawdę wystarczy, że w komentarzu napiszecie: <3, :), albo nawet: dobrze wam poszło, czy możecie nas zhejtować, albo wcale go nie piszcie jeśli to ma być: kiedy nn?
Bardzo was cenimy, ponieważ piszemy dla was i bez czytelników to nie miałoby sensu, ale spróbujcie być cierpliwi. 
Mam nadzieję, że nie byłam zbyt niemiła, nie chciałam żebyście myśleli o mnie jak o wrednej suce, ale ja mam tak, że piszę to co myślę.  
Z wielkim przytulasem: Kamila (Pointless)

Kochani, wyobraźcie sobie, że powtarzam słowa Kamili, bo miałam zamiar powiedzieć coś w zupełności identycznego. Obie chodzimy do gimnazjum, uczymy się, przychodzimy do domu, a wtedy nie mamy zbyt wiele czasu na wszystkie obowiązki, a co dopiero mówić o zainteresowaniach! :\
Miło Nam, że czyta nas coraz to więcej osób, ale po prostu nie wyrabiamy się ze wszystkim w ciągu dwudziestu czterech godzin.
Powyższy rozdział cudem napisałam nim zaczął się drugi semestr. Kamila ma jeszcze mniej wolnego czasu i zastanawiam się jak ona jeszcze wyrabia... :) Miśki, możemy tylko ją podziwiać i zazdrościć.
Na pocieszenie włączcie jedną z moich ulubionych piosenek od niedawna, która pociesza również mnie... Długo by opowiadać o co mi chodzi, ale powiem tylko: jestem hipokrytką.
He is We - I wouldn't mind
Natasha Bedingfield - Soulmate
Amy Diamond - Another Day
 Buziaki i pamiętajcie, żeby mieć zawsze nogi na ziemi, Dominika (icantbreatheicantsmile)
Credits crazykira-resources | LeMex ShedYourSkin | ferretmalfoy masterjinn | colourlovers FallingIntoCreation