niedziela, 29 grudnia 2013

Rozdział 9

Edytuj post 11 komentarzy
  Na prawdę nie lubię w-f. Tylko nie bierzcie mnie za leniwą grubaskę. Sport nigdy nie był moją mocną stroną. Nie lubię gier zespołowych i biegów na ocenę. Wolę sobie dobrać własne tempo, rodzaje ćwiczeń, czas i dostosować się do własnego organizmu. Nie przepadam też za tym, aby mnie za to oceniano, ani faktu, że ktoś obok może na mnie bezwstydnie patrzeć i cicho, albo i głośno śmiać się z moich błędów. Jednak najgorszą częścią nie są same ćwiczenia, tylko to co przed nimi i po nich. Szatnia.
  Hałas i wesołe pogawędki są czymś całkowicie naturalnym. Czuję ich wzrok. I to wcale nie jest żadna nowość. Odkąd rozpoczęłam ten etap życia, jestem przyzwyczajona do błądzenia cudzyć źrenic po moich wychudzonych, poranionyc udach, wystających żebrach i płaskim brzuchu.Jednak nigdy tego nie polubię. Więc szybko ściągam z siebie ciuchy i naciągam kolejne, a paznokcie boleśnie wbijają mi się w skórę, kiedy zaciskam z całych sił powieki.
   W tej szkole kładą bardzo duży nacisk na sport, a sztuka zostaje w tyle. Niestety, nic nie daje nadziei na nagły zwrot akcji, jak w High School Musical, więc pokornie zaciskam zęby i zaczynam biegać wokoło stadionu na rozgrzewkę. Stanęłyśmy w szeregu. Trener czyta po kolei nazwiska, omijając mnie. Skończył i rozgląda się po klasie.
-Nie wyczytał mnie pan. - odzywam się niespodziewanie.
Wzrok wszystkich wędruje na moje ciało, rumienię się. Mężczyzna spogląda na mnie i marszczy nos.
-Nazwisko? - pyta patrząc z powrotem do swojego notesu.
-Roztocka. - mruczę cicho.
Wzrok nauczyciela szybko biegnie po kolejnych nazwiskach i zatrzymuje się w środku listy.
-Rzeczywiście. - potwierdza, a potem spogląda na mnie spod rzęs, które są nieprzyzwoicie długie jak dla faceta.
-To może panna Roztocka - z trudem wypowiada moje nazwisko - zaprezentuje nam prawidłowy serw górnym sposobem. Chodzi o siatkówkę oczywiście. - uśmiecha się szyderczo i rzuca do mnie piłkę.
Żółto - niebieska kula ląduje w moich dłoniach, więc powoli wychodzę na boisko i staję na końcu linii.Unoszę rękę do góry, piłka leci ku górze i nagle znajduje się na środku drugiej części boiska. Uśmiecham się, bo byłam prawie pewna, że nie doleci nawet do siatki. Nauczyciel burknął coś pod nosem i wszyscy zajęli się dalszymi ćwiczeniami.
-Lena, choć tu do mnie na moment! - zawołał mnie nauczyciel.
Wzięłam swoją piłkę w dłoń i spokojnym krokiem ruszyłam w stronę trenera.
-Dobrze ci idzie to odbicie, ale trochę źle układasz dłoń. Boję się, że w ten sposób wybijesz sobie zaraz nadgarstek. Spójrz na moją rękę. - powiedział i zabrał ode mnie piłkę.
Szybko podrzucił kulę i odbił ją, a ona wylądowała na drugim końcu boiska. Uważaj, bo na pewno coś zauważę w tym tempie. Jakaś ruda dziewczyna, której imienia nie zapamiętałam i pewnie nigdy nie zapamiętam, odrzuciła z powrotem piłkę, a trener podał mi ja i wesoło zachęcił, żebym to teraz powtórzyła. Spojrzałam na niego jak na kosmitę, bo jakim cudem mam to zrobić, skoro nie zdążyłam nawet zauważyć, jak podnosi dłoń. Mężczyzna zrozumiał chyba o co chodzi, więc zmarszczył nos.
-Pokażę ci. Podnieś rękę. - zażądał.
Uniosłam dłoń na wysokość skroni, a on zaczął ją układać. Złapał za mój nadgarstek i momentalnie zatrzymał działania, marszcząc brwi. Natrafił na cięcia.
Spanikowałam. Moje serce biło z prędkością światła, kiedy nauczyciel powoli odrywał palce od mojego nadgarstka i spoglądał w tamtą stronę. Zamarłam. Chciałam stamtąd uciekać, zniknąć, magicznie się uzdrowić, żeby trener oślepnął, cokolwiek. Jednak on uparcie nadal żył i spojrzał na moje rany. Zaklęłam cicho pod nosem, kiedy jego oczy rozszerzyły się i zaczęły wędrować od ran do mojej twarzy i tak przez dobre parę minut. Nagle otworzył usta, ale chwilę po tym z powrotem je zamknął, powtórzył to jeszcze kilka razy, aż w końcu przymknął powieki i nabrał dużo powietrza.
-Tak, więc... ymmm, myślę, że... tak, tak, wracajmy. - zaczął rzucać słowami.
W końcu jeszcze raz chwycił mój nadgarstek i ułożył dłoń.
-Cz-czujesz o co cho-chodzi? - zająknął się, przedłużając samogłoski.
-Tak, tak, myślę, że rozumiem. - odpowiedziałam.
Nauczyciel pokiwał głową, mrucząc coś o tym, że powinnam dać sobie radę i szybko odszedł ode mnie. Bo najłatwiej uciec, prawda? Wróciłam na koniec sali, odprowadzona przez wzrok wszystkich dziewczyn w sali i wróciłam do odbijania piłki.
Nie minęło jeszcze nawet pół dziesięciominutowej przerwy, a cała szkoła gadała o tym, że ''nowa się tnie i nauczyciel w-f o tym wie'', wszyscy znali już dokładny opis zdarzenia, a racz3ej jego podkoloryzowaną wersję. Bo przecież trener wcale nie rzucił się na kolana, prosząc, abym więcej tego nie robiła. Warknęłam z zażenowaniem, kiedy minęłam kolejną grupkę młodszych dzieciaków, gdzie jedna z dziewczyn wskazała na mnie palcem i nawet nie siląc się na przyciszony głos oznajmiła rówieśnikom: ''ej, to ta co wszyscy mówią, że trener się w niej zakochał i się tnie z tego powodu''. Ludzie naprawdę wierzą w takie bzdury?
Pospiesznie poszłam do swojej szafki i wcisnęłam tam ze złością wszystkie niepotrzebne rzeczy. Tylko to ignoruj Lena, tylko to ignoruj, to nic nie warte plotki, ignoruj to, ignoruj, ignoruj, ignoruj, igno...
-Jeśli chcesz skarbie, mogę uleczyć twoje biedne serduszko. - usłyszałam szept przy moim uchu i momentalnie przeszedł mnie dreszcz, kiedy poczułam jego obrzydliwy zapach.
-Spierdalaj. - warknęłam w odpowiedzi, nawet nie zaszczycając Bena spojrzeniem.
Natychmiast obrócił mnie plecami do metalowych szafek i przygwoździł do nich własnym ciałem. Nie chciałam patrzeć na niego, więc zamknęłam oczy, oraz wstrzymałam oddech, nie chcąc dopuścić do siebie jego zapachu.
-Posłuchaj mnie kotku. Powinno się być miłym dla ludzi, którzy są mili dla ciebie, jasne?! - wrzasnął i nie czekając na odpowiedź ciągnął dalej - Ja jestem miły dla ciebie, ty bądź miła dla mnie, inaczej to się przykro dla ciebie skończy.
-Czego ty ode mnie do cholery chcesz? - spytałam, rozzłoszczona całą tą dzisiejszą żenadą.
-Ciebie kotku. - mruknął w odpowiedzi, jeszcze bardziej napierając na moje ciało.
Odepchnęłam go od siebie z siłą, jakiej wcześniej nie znałam w swoich rękach. Cofnął się dwa kroki i lekko zachwiał, unosząc wysoko brwi.
-Umówię się z tobą. Ale jeśli mi się nie spodoba, to odwalisz się ode mnie, jasne? - zaproponowałam, zanim o ty pomyślałam.
Szatyn spojrzał na mnie ze zdziwieniem, ale szybko pokiwał głową na zgodę. Podałam mu adres, umawiając się z nim dziś na siódmą wieczorem. Wpakowałam się w niezłe gówno.
Chciałabym, aby reszta lekcji trwała w nieskończoność, bo bałam się dziewiętnastej. Jednak wszystko minęło zbyt szybko jak na mój gust. Jedyny plus? Dzięki Benowi zapomniałam o plotkach w szkole, nawet o tych o mnie i szatynie.

Kamila (Pointless):
Zmęczyło mnie pisanie o tym, że piszemy to wspólnie: JA I DOMINIKA, ale niestety zmusiliście mnie, abym napisała to jeszcze raz. To przykre.
Co myślicie o randce Bena i Leny? Tak, to będzie straszne.
Jak wam minął świąteczny czas? Bardzo utuczyliście tyłki?
Bo mi przyszło parę kilo, jak nic.
I tak najlepsze było lepienie uszek i pierogów, i fałszowanie kolęd. 
Lolz, ale ja mam dobry humor. 
Więc jak wam się podoba ten rozdział i ''romans'' Leny z nauczycielem? Nie, nie macie na co liczyć, nie rozwiniemy tego tematu. 
Ale powiem wam, że mamy fajne plany na najbliższy czas (znaczy nie wiem jak Dominika, najwyżej wcisnę się jej gdzieś w połowie zdania, co robię cały czas, tak wiem, jestem okropna).
Mam wręcz nieprzyzwoicie dobry humor.
Do napisania, moje miśki!
Heh, ktoś zauważył, że zmieniłam nazwę?


niedziela, 24 listopada 2013

Rozdział 8

Edytuj post 11 komentarzy
-Madie, nie wolno tego jeść. -powtarzałam ósmy raz patrząc na dziewczynkę próbującą wepchnąć sobie do buzi kolejnego pączka z czekoladowym nadzieniem.
Po tym jak się rozpłakała z powodu jakiegoś głupiego chłopaka,  chciała zjeść swój smutek.
U mnie chyba musiało działać to w drugą stronę - w rozpaczy, po stracie mamy nie zależało mi już na niczym. Po prostu nie widziałam dalszego sensu życia w samotności.
Zdenerwowałam się i pod wpływem adrenaliny wyrwałam lukrowaną bombę kaloryczną z rąk przyszywanej siostry. Nim zdążyła powiedzieć cokolwiek, jej przekąska leżała już w koszu.
Pochyliłam się nad krzesłem w którym siedziała.
-Jeżeli chcesz się zmienić, to musisz zacząć od teraz. Żadnych słodyczy, żadnych fastfoodów i żadnych barwionych napoi, zrozumiano? -kontynuowałam gdy jedenastolatka kiwnęła posłusznie głową. - Nie chcemy cię zagłodzić, ale musisz jeść trochę mniej, dobrze? -kolejne kiwnięcie głową.
Mam nadzieję, że będzie silna.
Przeglądałam kolejne blogi. Strony dla anorektyczek nie wchodziły w grę, ona jest za mała. Po za tym znam te sztuczki na pamięć. Więc przeglądałam kolejne diety, zastanawiając się jakim cudem może to pomóc, skoro tam jest tyyyyle kalorii.
W końcu zdecydowałam się na 1500 kcal dziennie na początek, a zważywszy, że Madie jadła wcześniej coś koło 8000 kcal, wydawało mi się, że to podziała.
Usłyszałam stukot bosych stóp w  korytarzu, a po chwili drzwi mojego pokoju zostały uchylone. Przez szparę pokazała się głowa Colina. Po chwili wsunął się do pokoju i zamknął drzwi. Chłopak był w piżamie. Zmarszczyłam brwi patrząc na zegarek w laptopie. Jakim prawem jest już trzecia w nocy?!
-Pójdziesz ze mną na spacer? - spytał schrypniętym głosem.
-O tej godzinie? - spytałam.
Chłopak tylko pokiwał głową.
-Okej. Za 10 minut na dole. - zgodziłam się po chwili wahania.
Colin wyszedł z pokoju, a po chwili usłyszałam zamykanie sąsiednich drzwi.
Przebrałam się w czarne rurki i gruby, brązowy sweter. Na głowę naciągnęłam siwą czapkę, a na nogi ciemne buty za kostki. Wygrzebałam z szafy starą, granatową kurtkę, którą kupowałam jeszcze z mamą. Do kieszeni schowałam telefon i klucze, i cicho zeszłam po schodach. Colin już na mnie czekał.
Chłodny wiatr przebił się przez materiał kurtki, więc schowałam zmarznięte dłonie głębiej do kieszeni. Pociągnęłam nosem i schyliłam głowę. Szliśmy w ciszy. Ale to była taka przyjemna cisza.
Podniosłam wzrok i już miałam zagadać do Colina, kiedy okazało się, że go nie ma. Stanęłam jak wryta i poczęłam gorączkowo rozglądać się wokoło, ale blask pobliskiej latarni nie oświetlił mi żadnej sylwetki. Parę razy krzyknęłam za przyszywanym bratem (nie mam pojęcia jak nazwać ich ''pokrewieństwo'') ale w odpowiedzi usłyszałam tylko ciszę.
Zaczęłam się bać. Jestem sama w bliżej nieznanym mi parku o 3 w nocy, nie mam telefonu i jestem zdana tylko na siebie.
Strach, strach, strach, strach, strach, strach, strach, strach, strach, strach, niech to się skończy!
Wrzasnęłam z przerażenia, kiedy poczułam ciepłą dłoń, na mojej chłodnej, zaciśniętej w pięść. Odskoczyłam i przekręciłam się w stronę dotyku.
-CHCESZ MNIE DO CHOLERY ZAPROWADZIĆ DO ZAWAŁU, NIALL?! - krzyknęłam z wyrzutem. - Co ty tu do diabła robisz? - dodałam, lżejszym tonem.
-Och, mógłbym spytać o dokładnie to samo. - mruknął blondyn z wyrzutem.
Spojrzałam na niego spod rzęs. Spotkałam jego błękitne tęczówki, wpatrujące się w moje brązowe z równym zaangażowaniem. Natychmiast odwróciłam wzrok, bojąc się, że znów utonę w głębokich, błękitnych wodach jego oczu.
-Wyszłam na spacer. - rzuciłam, dając mu wygrać.
Jego brwi utworzyły prostą linię.
-Wyszłaś. Na. Spacer. Sama. O trzeciej. W nocy. Tak, po prostu. - wycedził słowa.
-Nie, nie sama. Wyszłam z Colinem i no cóż... Gdzieś go zgubiłam. - odpowiedziałam.
-Och, no pewnie. Chodźmy wszyscy na spacer w środku nocy, potem pogubmy się nie znając drogi powrotnej do domu, a na dodatek nie miejmy ze sobą żadnego kontaktu, choćby przez telefon. IDEALNIE!!! Że ja na to wcześniej nie wpadłem. - wykrzyczał, a jego dłonie zacisnęły się w pięści.
Och, teraz jest zły.
-O co ty się do cholery wściekasz? - warknęłam.
-O co JA jestem zły? O co ja... Ktoś mógł cię porwać, zgwałcić lub nawet zabić!!! Czy ty myślisz?! Co ty sobie w ogóle wyobrażałaś wychodząc z domu?! - wypluł.
Czy on... Czy... Czy on się właśnie o mnie martwi?
Już miałam otworzyć usta, kiedy zza siebie usłyszałam krzyk w postaci swojego imienia.
Obróciłam głowę i zobaczyłam sylwetkę Colina biegnącą w moją stronę.
-Lena! Lena! Już myślałem, że ktoś cię porwał. Nie strasz mnie tak nigdy, przenigdy więcej. Nigdy, nigdy, nigdy. Jasne? - wykrzyczał rzucając mi się na szyję i mocno przytulając.
-Tak, tak, obiecuję. - przyrzekłam, odwzajemniając gest chłopaka.
W końcu Col odsunął się o krok i złapał moją dłoń, zaciskając ją w swojej własnej, abym na pewno już mu nie uciekła. Niall przebiegł wzrokiem po naszych sylwetkach. Jego ciało spięło się, a linia szczęki mocno odznaczyła się na tle bladej skóry. Przełknął głośno ślinę, a jego jabłko Adama rytmicznie podleciało do góry i opadło, ginąc w skórze szyi. Wstrzymał oddech i delikatnie zmrużył oczy, wpatrując się we nas spod rzęs.
-Jesteście razem? - wysyczał Niall przez zęby.
Jezus, Maryja on zachowuje się jak zazdrosny dzieciak. 
Popatrzeliśmy na niego jak na idiotę.
-Co? Nie! Czemu tak myślisz? - spytał Colin.
-Wiecie... Nie jesteście tak na prawdę spokrewnieni, więc teoretycznie moglibyście, a zachowanie sprzed momentu tylko to potwierdziło, więc... - wytłumaczył blondyn.
-Nie, nie jesteśmy razem. Traktujemy się jak rodzeństwo. - odparłam. 
-Tak, więc skoro już wszystko wyjaśnione, będziemy się z Leną zbierać do domu. - szybko rzucił mój ''brat''.
-Nie zatrzymuje was. Do zobaczenia. - pożegnał się Niall i po tym jak mu odpowiedzieliśmy, obrócił się na pięcie i zniknął w ciemności. 
W domu byliśmy o 4 nad ranem, więc po krótkim ''dobranoc'' zniknęliśmy za drzwiami i pogrążyliśmy się w głębokim śnie. No dobra, może tylko część męska.
Telefon zaczął brzęczeć i dzwonić i właśnie uprzytomniłam sobie, że dziś jest poniedziałek. Warknęłam z irytacją i zwlekłam się z łózka, ciągnąc ciało do łazienki. Spojrzałam w lustro.
Moje odczucia często były inne. Raz widziałam siebie jako grubą, leniwą dziewczynę, innym razem byłam idealna, albo i wręcz za chuda. Często napadały na mnie mieszane uczucia i nie zawsze potrafiłam sobie z nimi poradzić.
Ale nigdy nie byłam z siebie całkowicie zadowolona. Moje włosy są kręcone i nie dają się układać, brązowe oczy są zbyt ciemne, czasem dobiegają prawie do czerni, usta zbyt wąskie i niepełne, a kości policzkowe brzydko odznaczają się na tle mojej bladej skóry. Zawsze chciałam wyglądać jak moja mama. Aby moje loki układały się jak jej, żeby jej błękit oczy zamalował moje tęczówki, aby usta były równie różowe i pełne, a skóra delikatnie opalona. Niestety... Jestem tylko kolejnym, nieudanym projektem, nieudaną próbą stworzenia czegoś na jej kształt. Ale nie można mieć wszystkiego.

Kamila: (Pointless):
Wybaczcie, że tak długo niczego nie było, a to co jest jest krótkie, ale wciągnęłyśmy się w wir nauki, prac domowych i dodatkowych zajęć. Czasem chcemy też odpocząć, a pisanie opowiadania ma być przyjemnością, a nie kolejnym obowiązkiem, których i tak już mamy serdecznie dość. Staramy się, jak możemy, ale nie zawsze jesteśmy w stanie napisać choćby dwóch zdań. Także bądźcie cierpliwi, a czas oczekiwania na rozdział zapełnijcie jakąś pasją, albo nauką i pamiętajcie, że nie tylko my, ale i każda osoba pisząca bloga, ma tak samo jak wy: szkołę, zajęcia pozalekcyjne, rodzinę, przyjaciół, inne pasje i chcą to wszystko pogodzić. Także jeszcze raz proszę o wyrozumiałość i cierpliwość.
Mam nadzieję, że podobał wam się ten rozdział.

sobota, 2 listopada 2013

Rozdział 7

Edytuj post 10 komentarzy
Stanęliśmy przed budynkiem jakiejś kawiarni, o której wcześniej nie miałam jakiegokolwiek pojęcia.
Niall otworzył drewniane drzwi i przepuścił mnie w nich. Mruknęłam ciche: dziękuję i weszłam w głąb pomieszczenia. Od razu uderzył we mnie podmuch ciepłego, świeżego powietrza, a gdzieś pośród niego unosił się aromat kaw i herbat z przeróżnych zakątków świata. Rozejrzałam się uważnie. Kremowe ściany, kominek w dalszej części, ciemne krzesła i tego samego odcieniu stoły wyglądały przytulnie i zachęcająco. Na pewno od tego momentu będę przychodziła tutaj częściej. Wybrałam sotlik w oddalonej części kawiarni i podążyłam w jego stronę. Zajęłam miejsce, a Niall poszedł zamówić dla nas napoje: dla mnie zieloną herbatę, a dla niego... Coś na pewno. Po chwili blondyn opadł na krzesło na przeciwko mnie i posłał mi pełen radości uśmiech.
-Cały czas tu jesteś, nie wyparowałaś...-powiedział jakby prowadząc monolog.
-Czy mogę to samo powiedzieć o tobie? -zapytałam, ale oczywiście nie oczekiwałam odpowiedzi.
Otworzyłam usta by znów z lekka go zaatakować, ale uprzedziła mnie kelnerka. Na dźwięk jej głosu podskoczyłam na krześle.
-Czy mogę państwu coś podać? -pytanie skierowała do mnie.
Po chwili chyba zorientowała się kto siedzi na przeciw mnie.
Rozwarła lekko usta w przypływie oszołomienia.
-Ja poproszę zieloną herbatę, a.. ty?
-Kawę z mlekiem. - chłopak uśmiechnął się do kelnerki, a ta rumieniąc się odeszła.
Zbyłam jej zachowanie spojrzeniem w bok, udawałam, że niczego nie zauważyłam.
Gdy już znalazła się wystarczająco daleko by niczego nie usłyszeć, znów zaczęłam rozmowę.
-Mogę o coś zapytać?
-Oczywiście - powiedział z uśmiechem. Czy on zawsze się uśmiechał? To musi być męczące...
 Pod stołem złożyłam ręce. Głupio mi było pytać zupełnie obcą mi osobę o cokolwiek.
-Co robiłeś wtedy w parku? -odważyłam się.
Spojrzał mi w oczy. Tak, to błękitne niebo znów na mnie spogląda.
Utonęłam. Straciłam świadomość na parę sekund i nawet nie zorientowałam się, że pochylił się nad stołem w moją stronę.
-A ty? -zapytał - A ty co tam robiłaś?
Nie opowiedziałam. Łatwo było zrozumieć, że jest to pewnego rodzaju nagana.
Kelnerka przyniosła nasze zamówienia.
-Czy mogę pomóc w czymś jeszcze? Może zdecydują się państwo na deser?-wyrecytowała formułkę.
Niall z miejsca zamówił dla siebie muffinka z czekoladą i spojrzał na mnie pytająco.
Pokiwałam tylko przecząco głową.
Niall spojrzał na mnie spod przymrużonych powiek, ale nie zareagował i pozwolił kelnerce oddalić się z wciąż trwającym rumieńcem na twarzy, odsyłając ją uśmiechem.
Nie, wcale nie jestem zazdrosna.
-Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. - wymsknęło mi się przez usta.
Oczywiście, zamiast zbagatelizować całą sprawę moje niewyparzone usta muszą pogłębiać temat.
-Ty też nie. - odwdzięczył się blondyn.
-Pytałam pierwsza. - uargumentowałam starym tekstem.
Mój Boże, mentalny facepalm. Chłopak spojrzał na mnie rozbawionym wzrokiem. Powoli oblizał usta (nie, wcale mnie to nie podnieciło, gdzie tam) i oparł plecy o oparcie krzesła. Chcąc zrobić na prawdę cokolwiek chwyciłam w szczupłe palce kubeczek z herbatą i podniosłam go do ust. Rękawy luźnej bluzki natychmiast zleciały niżej, ukazując światłu dziennemu moje blizny. Te już wyblakłe, różowe oraz te całkowicie świeże. Wspomniałam może, że rany z tamtej nocy nie chcą się goić?  Z związku z tym, że do zadania ich użyłam brudnego szkła cięcia całkowicie się popaprały i wdało się małe zakażenie. Mój nawyk rozdrapywania strupów na pewno nie pomógł, przez co szramy są czerwone i napuchnięte. Wzrok błękitnych tęczówek natychmiast powędrował na mój nadgarstek. Szybko odstawiłam naczynie i naciągnęłam rękawy po same knykcie dłoni i przycisnęłam je opuszkami palców, aby szczelnie ukryć rany. Niall zmarszczył brwi i spojrzał w moje oczy. Wpatrywał się w nie przez moment, lecz po chwili odpuścił, widząc że są całkowicie wyprane z uczuć. Gdyby tylko wiedział jaka burza szaleje w moim umyśle.
-Miałem ochotę na spacer po ciężkim dniu w studiu.- spokojnie wypuścił słowa przez usta.
Ups, wyczuwam nutkę kłamstwa. Pomimo to pokiwałam głową i poprawiłam pozycję na krześle.
-Teraz twoja kolej. Co ciebie tam sprowadziło? - zareagował na moje milczenie.
Co mam powiedzieć? Na szczęście uratowała mnie kelnerka. Postawiła przed blondynem czekoladową babeczkę na idealnie białym, porcelanowym talerzyku.
-Dziękuję. - chłopak posłał w jej stronę na prawdę dobrze wyćwiczony uśmiech.
Tyko szkoda, że fałszywy.
Dziewczyna speszona odpowiedziała mu tym samym i odwracając się na pięcie odeszła do lady. Biedaczyna, musiała się już dziś tyle na peszyć przy obsłudze jednego klienta.
Niall posłał w moją stronę ponaglający wzrok,  zmuszając mnie do odpowiedzi. W tym samy czasie ugryzł kawałek słodkiej babeczki.
-Potrzebowałam chwili spokoju po kiepskim dniu w szkole. - skłamałam prawie tak samo gładko jak on.
Prawie, ponieważ u mnie nie można było wyczuć ani krzty kłamstwa.
Jednak oboje wiedzieliśmy, że i ja i on skłamaliśmy.
Natychmiastowo straciłam humor, pomimo, że to ja zaczęłam ten trudny temat. Postanowiłam, że i tym razem wybiorę łatwiejszą drogę i ucieknę. No, może nie tak dosłownie.
Teatralnie zerknęłam na zegarek i równie sztucznie wytrzeszczyłam oczy na wskazówki.
-Ojej, już ta godzina. Zasiedziałam się, a przecież obiecałam pomóc Elizabeth w przygotowaniu kolacji.- zerknęłam na niego, a gdy zauważyłam, że posyła mi pełne wątpliwości spojrzenie, uśmiechnęłam się szeroko, aż do bólu i dodałam- Dopiero teraz zdałam sobie sprawę jak zgłodniałam. Muszę się zbierać -skończyłam z nutką zawiedzenia w głosie idealnie odgrywając swoją rolę.
-Zgłodniałaś? -zapytał zażenowany.
Wstałam w tym czasie od krzesła by zyskać trochę czasu na zastanowienie się nad odpowiedzią.
-Oczywiście. Gdybym nic nie jadła, umarłabym. Logiczne, prawda? -zapytałam retorycznie, a w myślach skreśliłam słowo ''umarłabym'' i zamieniłam je na ''utyłabym''.
-Moim zdaniem jesteś wyjątkiem. Wyglądasz na maksymalnie czterdzieści parę kilo i mimo, że nie jesz, to i tak żyjesz. To logiczne nie jest, prawda? -również retorycznie zapytał czym wyprowadził mnie z równowagi.
Gdybym była choć odrobinę silniejsza, oberwał by.
Nie jego sprawa i nie powinien się tym interesować, ale... To spojrzenie. Cały czas czułam w tych oczach naganę od mamy. Miałam wrażenie, że wstydzi się za to jak się zachowuję, za to czym się stałam.
Zaraz po jej śmierci nie rozumiałam co się tak na prawdę zdarzyło, nie dochodziło to do mnie. Dopiero po jakimś czasie mój mózg wywnioskował, że już jej nie ma, tu na ziemi ze mną. Zostałam sama.
A teraz znów pojawia się ktoś kogo w minimalny, a wręcz mikroskopijny sposób interesuję. Ktoś kto jest na tyle mądry by nie wierzyć w większość kłamstw, które wygaduję.
Chciałam pozbyć się tego przyjemnego uczucia gdzieś tam, w sercu. Chyba po prostu nie byłam przyzwyczajona, że kogokolwiek obchodzi mój los.
-Do zobaczenia. -powiedziałam i nim zdążył zareagować wyszłam z kawiarni.
 Stopy prowadziły mnie bez konsultacji czynów ze mną - ludzie nazywają to ''pójściem przed siebie''.
Nim się zorientowałam, byłam w sklepie spożywczym i wpatrywałam się na stoisko ze słodyczami.
Szybko jednak zmieniłam swój obiekt obserwacji. Teraz wydawał mi się być interesujący dział z pieczywem. Jak jakaś wariatka zeczęłam podchodzić do półek i wąchać każdą bułkę i każdy chleb z osobna.
Rozpoznałam nawet jedną z drożdżówek. Miała malinowe nadzienie i była z wierzchu posypana cukrem pudrem. Takie same Elizabeth kupowała dla nas jako przekąskę, ale niestety nie mam pojęcia jak smakują.
Pod wpływem impulsu zapakowałam słodką bułeczkę do papierowej torby i zapłaciłam za nią przy kasie.
Na dworzu zaczynało się już robić ciemno, więc za głosem rozsądku pobiegłam na stację metra.
Pojazd odwożący do dzielnicy, w której mieścił się dom Idealnych miał być dopiero za 40 minut.
Zrezygnowana opadłam na ławeczkę pod jedną ze ścian metra i czekałam.
Oczy zaczęły latać mi na wszystkie strony w wyniku kompletnego zanudzenia.
Dosłownie na przeciw mnie stała dziewczyna ze skrzypcami, aż dziw, że jej wcześniej nie zauważyłam.
Wygrywała na swoim instrumencie piękną melodię i zaczęłam zazdrościć jej talentu.
Na oko była gdzieś w moim wieku. Poczułam się gorzej gdy uświadomiłam sobie, że zbiera pieniądze na życie podczas gdy ja marnuję jedzenie wyrzucając je byle gdzie.
Wstałam z ławeczki i szybkim krokiem podeszłam do niej. Z bliska wydawała się być prawie tak chuda jak ja. Możliwe, że nie jadła od kilku dni. Wrzuciłam do futerału 20 funtów, a po chwili zastanowienia dorzuciłam również zakupioną wcześniej drożdżówkę. Może ten gest nie odwoła w żaden sposób moich win, ale liczę, że przynajmniej Bóg uwzględni to i nie trafię do piekła.
Nareszcie przyjechał upragniony pociąg metra. Już byłam jedną nogą w pojeździe, kiedy nagle sobie coś uświadomiłam.
Przecież jestem umówiona z Madie obok tej cholernej kręgielni. Przeklinając cicho pod nosem, obróciłam się na pięcie i skierowałam do wyjścia z podziemia. Spojrzałam na telefon i przyśpieszyłam widząc 20:23. Dobrze, ze to niedaleko. Z oddali widziałam sylwetkę siostry, która machała na ławce swoimi tłustymi nóżkami. Podeszłam do niej, a ta natychmiastowo zerwała się z ławki i podbiegła do mnie. Miała czerwone oczy, ręce jej się strasznie trzęsły, a łzy rzewnie płynęły po jej zaróżowionych policzkach. Spojrzałam zszokowana na jej stan i po chwili poczułam jak wtula się we mnie łkając, a jej palce zaciskają się na moim płaszczu. Objęłam ją ramieniem i pocierałam plecy, czekając aż się uspokoi. Może i za nią nie przepadałam, ale jakby nie patrzeć, to moja siostra, przyrodnia ale siostra.
-Madie, co się stało? - spytałam cicho.
-Bo ja poszłam z koleżankami do galerii... - zaczęła tłumiąc szloch - i... i tam spotkałyśmy takiego chłopaka... i on... Lena, on mi się podoba - zaniosła się nową falą płaczu - Poszliśmy na lody... a on, on, on... On powiedział, że mi to chyba nie potrzebne, bo jestem strasznie gruba.  - wypłakała, wciąż trzęsąc się od nadmiaru emocji - Lena, ty jesteś taka szczupła, proszę, pomóż mi schudnąć.- poprosiła, odsuwając się ode mnie i spojrzała w moje oczy.
Zawahałam się. Mam pomóc temu małemu, zdradliwemu potworowi? Tylko dlatego, że jakiś chłopak (nie oszukujmy się, miał rację) nazwał ją grubą? Przecież ona ma dopiero jedenaście lat! Przełknęłam ślinę i spoglądając na siostrę powtarzałam: to twoja rodzina, to twoja rodzina, to two...
-Pewnie, poczekaj chwilę i będzie cię błagał, abyś była jego. - rzuciłam w stronę siostry.
Jej oczy błyszczały, kiedy powtarzała: ''dziękuję''.
Mój Boże, postradałam zmysły.

icantbreatheicantsmile:
No, to już rozdział mamy kolejny rozdział! Przed chwilą miałam zaplanowane co sensownego napiszę, kładę palce na klawiaturę i... pustka w głowie. Pewnie to dlatego, że jestem blondynką albo po prostu naoglądałam się za dużo Niekrytego i mózg mi się wypalił. Mniejsza o to. Mam nadzieję, że czekaliście na kolejną część opowiadania o One Direction z Leną w roli głównej :) Pozdrawiam!

Zarozumialec .!
Kolejny zlepek liter zakończony, tym samym kreśląc kolejną część naszego opowiadania. Na prawdę nie umiem teraz sklecić czegoś sensownego, ten dzień był potwornie monotonny i kiepsko się czuję. Także po prostu nie będę tu lepiej nic pisała i życzę wam miłego dnia/wieczoru/nocy. Do następnego rozdziału.

wtorek, 22 października 2013

Rozdział 6

Edytuj post 1 komentarz

Alkohol podrażnił moje kubki smakowe i gardło, wywołując przyjemnie pieczenie. Przełknęłam spory łyk wina, zaciskając powieki i oblizałam wargi, zbierając z nich pozostały smak napoju. Raczej nie przepadam za piciem, ale dzisiaj miałam ochotę poczuć jak alkohol przemierza kolejne milimetry mojego krwiobiegu, więc wykradłam z barku butelkę białego, wytrawnego wina. Tego i tak jest tam tak dużo, że nie zauważą. Wypuściłam powietrze z ust i dolałam do kieliszka kolejną porcję. Właśnie minęłam połowę butelki i powoli odczuwałam jak alkohol bawi się moim ciałem. Z każdym łykiem zbliżałam się do końca zapasu, ale wciąż odczuwałam niedosyt. Przeklęłam cicho pod nosem i wtoczyłam butelkę pod łóżko, gdzie odbiła się od sztalugi i powędrowała w głąb przewróconego pudła z farbami.
Co prawda był poniedziałek, ale ja wciąż tkwiłam w szoku po obiadowym i nie potrafiłam pójść dzisiaj do szkoły. Zostałam w domu, tłumacząc się gorączką, która na prawdę wystąpiła w moim ciele. Z związku z tym utknęłam dzisiaj na cały dzień w pustym domu. Osamotniona, sam na sam z ciszą ścian i własnymi myślami. Nagle mój telefon przebił całkowitą ciszę, rozprzestrzeniając w pobliżu kolejne nuty mojej ulubionej piosenki. Chwyciłam irytujący sprzęt i spojrzałam na wyświetlacz. Nieznany. Przejechałam palcem po gładkiej powierzchni ekranu. Przyłożyłam urządzenie do ucha.
-Słucham? - wydusiłam z siebie, chichy, zachrypnięty głos.
-Lena Roztocka? - usłyszałam odpowiedź. Gdzieś już słyszałam ten głos.
-Przy telefonie. - mruknęłam z niezadowoleniem.
-Miło cię znowu usłyszeć. Dzwonię ze Szkoły Artystycznej, w której składałaś niedawno papiery. - odpowiedziała osoba po drugiej stronie słuchawki.
Automatycznie zerwałam się do siedzenia, a podekscytowanie zaczęło przejmować nade mną kontrolę.
-Zostałaś przyjęta. W środę o 20 są testy, na których musisz się pojawić. Zostaniesz przydzielona do odpowiedniej grupy. Przygotuj jakiś utwór i namaluj coś ładnego. Przynieś to do nas na testy. - poinformowała mnie kobieta.
-Będę. Dziękuję. - wymamrotałam, a po drugiej stronie zapadła głucha cisza.
Czy właśnie dostałam szansę spełnienia marzeń? Nie wierzę.
Z wrażenia usiadłam na z powrotem na krzesło.
Zamknęłam oczy, wzięłam kilka oddechów lecz i to mnie nie uspokoiło. Moje serce wciąż dudniło niczym galopujący mustang.
Z korytarza usłyszałam stukot kołatki u drzwi.
Moje serce jeszcze bardziej przyspieszyło, co wydawało się być nie możliwe przy jego poprzednim rytmie, zerwałam się na równe nogi i ogarnęłam wzrokiem przestrzeń dookoła mnie.
Przezroczyście zielona butelka opróżniona ponad pół godziny temu leżała poziomo na podłodze u moich stóp.
Wpadłam w panikę, nie wiedziałam co z nią zrobić.
Pod wpływem adrenaliny cisnęłam ją pod komodę, przeczesałam palcami rozczochrane włosy i ruszyłam w kierunku hallu. Przekręciłam klucz i uchyliłam lekko drzwi.
Spodziewałam się ujrzeć tatę w garniturze z aktówką w lewej i telefonem w prawej dłoni.
Moja mina musiała być komiczna gdy zamiast dobrze znanego mi mężczyzny z lekko przesiwiałymi włosami, zobaczyłam lokatego nastolatka.
-Cześć...?-wyjąkałam wciąż mocno przytrzymując drzwi.
Harry uśmiechnął się jeszcze szerzej.
-Witaj Leno. -przywitał się. -Mogę wejść? -zapytał spoglądając mi przez ramię.
Przekrzywiłam lekko głowę i spojrzałam na niego moim przenikliwym wzrokiem.
-Skąd mam wiedzieć, że nie jesteś seryjnym gwałcicielem tylko czekającym na okazję? -zapytałam poważnym tonem co zbiło go lekko z tropu.
Uśmiechnęłam się (tak mi się wydawało, że to był uśmiech. Proszę mi wybaczyć, ale dawno go nie używałam i nie wiem jak wygląda.) lekko i otworzyłam szerzej drzwi by mógł wejść.
Przechodząc obok mnie pochylił się, bo przecież był o jakieś dwadzieścia centymetrów wyższy ode mnie przez co wydawał mi się być Hagrida we własnej osobie.
-Nie powinnaś mnie wpuszczać, nigdy nic nie wiadomo. -powiedział cicho.
Tak, zdecydowanie przypomina mi Hagrida - nawet włosy ma podobne.
Puściłam jego uwagę mimo uszu, Różowy Potwór Zwany ''Maddie'' opisywała mi zboczone zapędy swojego (rzekomo) męża. Byłam całkowicie przygotowana na takie teksty.
 Harry zgrabnie usadowił się na kanapie i rozejrzał się dookoła.
-Tomasz jest? -zapytał po chwili milczenia.
W pierwszym momencie rzuciłam w jego stronę zdezorientowane spojrzenie, ale w kilka sekund zdałam sobie sprawę, że ma na myśli mojego tatę. Przecież na codzień nie nazywam go po imieniu.
-Jeszcze w pracy. Masz jakąś sprawę do niego? -zapytałam z grzeczności. Szczerze, to całkowicie mnie nie obchodziło w jakim celu przyszedł do tego zimnego i ponurego domu.
-Chodzi o kontrakt, nie zgadza nam się jedna sprawa. Mogę poczekać aż wróci?
-Jasne. -odpowiedziałam szybko.
Włączyłam telewizor by jakoś umilić czas, zauważyłam, że również jemu nie pasuje klimat panujący w tym domu.
-Może jesteś głodny? -przypomniałam sobie nagle, że inni ludzie jedzą znacznie częściej niż ja.
-Leno, a może usiadła byś ze mną, hm?
Lekko zmieszana usadowiłam się obok niego na kanapie i udawałam, że skupiam się na telewizji.
Co jakiś czas zadawał zdecydowanie niezręczne i nie na miejscu pytania, które zbywałam krótkimi ''Tak'', "Nie'', ''Nie wiem''.
W tym samym czasie starałam się ułożyć w mojej głowie jakiś sensowne, niezobowiązujące pytanie o Nialla.
Nie wiedziałam od czego zacząć. Nie wiedziałam nawet o co chcę zapytać, co chcę wiedzieć.
Chyba po prostu interesowało mnie czy wszystko u blondyna w porządku.
Po raz drugi tego dnia usłyszałam pukanie do drzwi.
Tata wrócił z pracy i przy okazji odebrał ze szkoły Maddie. Dziewczynka natychmiast rzuciła się na swojego idola siedzącego dotychczas na kanapie.
-Harry! -piszczała dusząc go swoim przytłustym ciałem.
Ojciec zezował mi znacząco na przyrodnią siostrę i drzwi. Zrozumiałe było, że moim zadaniem jest ją gdzieś zaprowadzić - nie ważne gdzie, byle jak najdalej.
Oderwałam dziewczynkę (zostałam przy tym pogryziona do krwi) i siłą zaciągnęłam ją do wyjścia.
Obrażona kazała mi ubierać sobie buty i kurtkę na ramiona. Nie miało to dla mnie większego znaczenia, cały czas odwracałam głowę spoglądając na Harrego/Hagrida. Gdzieś w środku liczyłam, że sam coś powie o Niallu. Oczywiście moje nadzieje wygasały jeszcze bardziej gdy musiałam wychodzić. Ręką dotykałam klamki, ale wciąż patrzyłam za siebie, na korytarz gdzie tata i Harry dyskutowali o czymś co chwilę wybuchając śmiechem.
''No, dalej. To ostatnia szansa.'' -pomyślałam.
Zebrałam się w sobie i wciąż trzymając za rękę przyszywaną siostrę, zwróciłam się do taty:
-Dałbyś mi jakieś drobne? Zabiorę Mad na gofry. -dobre kłamstwo łatwo przechodzi przez gardło.
-Pójdę po portfel. -na chwilę zniknął za drzwiami swojego gabinetu.
Teraz, gdy miałam już kolejną okazję, czułam, że ją marnuję. Język zawiązał mi się w supeł nie pozwalając na wydanie z siebie żadnego dźwięku.
Tata wrócił z banknotem w dłoni, wręczył mi go i wyraźnie czekał aż wyjdę.
Z podkulonym ogonem znów ruszyłam do drzwi.
-Lena?
Odwróciłam się. Harry stał w wejściu do gabinetu, najwyraźniej ojciec już był w środku.
-Masz pozdrowienia od Nialla. -powiedział i zniknął za drzwiami biura.
Automatycznie moje serce zabiło jak oszalałe.
Niall. O. Mnie. Pamiętał.
O MNIE.
N.I.A.L.L.
Zaraz umrę.
Stałam tak sparaliżowana, dopóki Madie nie pociągnęła mnie za rękaw mojego oliwkowego płaszczyku. Bezwiednie podążyłam za jedenastolatką, nie zastanawiając się gdzie mnie prowadzi. W końcu znalazłam się z nią obok kręgielni w samym centrum Londynu. Otrząsnęłam się. Zatrzymałam dziewczynkę, która już chciała wejść do środka. Spojrzała na mnie.
-Słuchaj. Zrobimy tak. Ja pójdę w swoją stronę, ty w swoją i spotkamy się o 20 tutaj. - zaproponowałam.
-Ale wiesz... Tak bez niczego. Nudziłoby mi się.
-Dobra dam ci 20 funtów. - zaczęłam handel.
-No nie jestem pewna. - kręcił ten mały potwór.
-Okej, trzydzieści.
-Czterdzieści i spotykamy się o 20:30 - wywaliła nagle.
-Dobra, niech będzie. - zgodziłam się.
Wcisnęłam jej do dłoni banknoty, które uprzednio wyjęłam z portfela i bez pożegnania poszłam w swoją stronę. Muszę znaleźć coś do namalowania. Wyjęłam z torby aparat, który leży tam od zawsze i na zawsze
i zaczęłam robić zdjęcia wszystkiemu po kolei. Będąc w parku przykucnęłam z boku chodnika i ustawiłam kąt aparatu. Nacisnęłam guzik, a błysk flesza rozprzestrzenił się po okolicy, otulając półmrok delikatnym światłem. Podniosłam się i weszłam w przegląd zdjęć, sprawdzając jakość obrazu.
-Pięknie ci wyszło. - usłyszałam głos tuż przy swoim uchu.
TEN GŁOS.
Gwałtownie się odwróciłam, prawie zderzając się z blondynem. Zrobiłam krok do tyłu i napotkałam ten nieziemski błękit tęczówek.
Czemu do cholery on odziedziczył oczy po mojej matce, a nie ja?!
-Och, to ty. Cześć Niall. - mruknęłam speszona.
Czułam jak na policzki wkradają mi się różowe rumieńce.
-Cześć Lena. - odpowiedział, ukazując białe zęby - Przestraszyłem cię? - spytał.
-Troszeczkę. - próbowałam wysilić się na uśmiech.
Chyba zacznę ćwiczyć mimikę przed lustrem, żeby w razie co nie wyglądać jak porażony prądem Kopciuszek.
-Lubisz robić zdjęcia? - zagadnął chłopak.
Co mam powiedzieć?!
-Tak, znaczy nie. Chociaż w sumie to tak, ale nie za bardzo. Yyyyyymmm... Trochę się tym zajmuję. - powiedziałam w totalnym oszołomieniu.
-Widzę, że to dość skomplikowane. - zaśmiał się cicho.
-Masz rację. To dość dziwne. - wyznałam i ciężko odetchnęłam.
Chłopak przekrzywił głowę, dokładnie lustrując moje ciało. Chwilę dłużej zatrzymał się na nadgarstkach. Jak dobrze, że płaszcz przykrywa blizny. Znowu poczułam znajome pieczenie policzków, kiedy wrócił do moich oczu, wpatrując się w nie z dużą intensywnością. Chyba próbował odczytać moje myśli.
Och, jak mi nie przykro. One już od dawna są puste.
-Co powiesz na kubek kawy? - zaproponował nagle.
-Za kawą nie przepadam, ale herbatę chętnie wypiję.
-Więc chodźmy.
Niall obrócił się na pięcie i ruszył przed siebie. Automatycznie dogoniłam go i szliśmy ramię w ramię przez kolejne uliczki parku. Nagle w oddali zauważyłam duży kamień. W mojej głowie pojawił się genialny pomysł na zdjęcie.
-Poczekaj tu momencik. - rzuciłam do Nialla i rozpoczęłam szaleńczy bieg w stronę obiektu natchnienia.
Zręcznie wspięłam się na sam szczyt. Włączyłam aparat i podniosłam na wysokość swojej głowy. Zrobiłam zdjęcie. Teraz na ekranie migotały mi sylwetki ludzi,pędzących na różne strony świata, a w tle spokojna natura, wciąż stojąca w miejscu. Zadowolona z wyniku pracy zeszłam z kamienia i wróciłam do blondyna, który patrzył na mnie z dziwnym błyskiem w oku.
-Możemy iść dalej. - stwierdziłam, chowając aparat do torby.
Kontynuowaliśmy naszą spokojną wędrówkę.

Kamila (Zarozumialec .!):
Trochę czasu minęło od ostatniego rozdziału.
Ale niestety mamy rok szkolny, a to oznacza naukę.
Koniec z tym przykrym  tematem. Jak podoba wam się nowy wygląd bloga? Mi osobiście bardzo pasuje. Zauważyłam, że jeśli was nie błagam o komenatrze, to jest ich mniej, dlatego:
BŁAGAM, PROSZĘ; KOMENTUJCIE.
To na prawdę duża motywacja. Ja dziś tak krótki. Także: do napisania, miśki.

Dominika (icantbreatheicantsmile):
Tak, tak, zdradziłam swoje imię. Tylko błagam, nie zwracajcie się tak do mnie.
Mam nadzieję, że spodoba się wam ten rozdział, napracowałyśmy się.
Kamila natrudziła się ze znalezieniem ładnego szablonu, więc liczę na to, że przypadnie wam do gustu.
Ach, no i popiorę ją: fajnie było by zobaczyć więcej komentarzy! Pozdrawiam i do przeczytania! :)


poniedziałek, 7 października 2013

Rozdział 5

Edytuj post 3 komentarze


Kiedy obudziłam się z samego ranka Colina nie było już przy mnie. Spoglądając na zegarek w oczy zakuła mnie 7:30. Warknęłam ze wściekłością chowając twarz z powrotem w poduszkę. Jest se piękna sobota, ptaszki śpiewają, słoneczko grzeje, wiatr rozdmuchuje spadające liście, ja mam wolne, ale zamiast się choć raz wyspać muszę budzić się z samego rana...
Klnąc cicho pod nosem przemierzałam ciche korytarze ogromnej posiadłości, kierując się w stronę kuchni. Trzęsące się nogi ledwo utrzymywały ciężar mojego tłustego cielska na schodach. Wszystko było tak nienaturalnie ciche i spokojne. Czułam się tutaj źle. Tutaj od rana nie tłucze się pralka, jajka wesoło nie skwarczą na patelni, pół twojej rodziny nie krząta się po domu, bo przyszło w odwiedziny na śniadanie. Nikt nie krzyczy, nikt się nie śmieje. Nie ma rodzinnej atmosfery chaosu, jest samotnie. Smutno i nic mi tutaj nie pasuje.
Weszłam do kuchni i  uchyliłam drzwi lodówki. Wyciągnęłam karton soku pomarańczowego i niezgrabnie przelałam zawartość do szklanki. Usiadłam przy stole i patrzyłam się w ścianę wsłuchując się w głuchą ciszę. Samotne poranki mają też swoje plusy: nikt cię nie budzi (chyba że bliżej zapoznasz się z bezsennością), nikt cię nie pośpiesza, nkt nie nakłada ci gorących tostów na talerz (chociaż to nie jest takie złe, kiedy nie masz anoreksji), możesz wszystko zrobić po swojemu i powoli (tęskniąc a rodzinną atmosferą).
Skoro dziś jest sobota, to dom jest pusty do dwunastej, potem przychodzi Madie, następnie Colin, a na końcu wesołe małżeństwo i szczęśliwa rodzinka w komplecie. Potem z uśmiechami zasiadają przy obiedzie i opowiadają o swoim wspaniałym dniu. Na koniec jedzą słodkie, wysokokaloryczne desery i szczerząc zęby powracają do swoich zajęć. Jakoś dzisiaj nie mam ochoty na tą błazenadę. Jakbym kiedykolwiek miała...
Napisałam tacie, że wrócę późno i żeby nie czekali na mnie z obiadem; zjem na mieście. Zoatsawiłam kartkę na stole w kuchni i wylewając do zlewu nie ruszony sok, poszłam się ubrać.
Kiedy wyszłam na zewnątrz, zatrzaskując drzwi, uderzył we mnie silny podmuch wiatru. Wcisnęłam dłonie w kieszenie płaszcza i ruszyłam żwawym krokiem wzdłuż ulicy. Londyn jest na prawdę dużym miastem. Jak dla mnie zbyt dużym. Przyzwyczajona do małego miasteczka w Polsce gubiłam się w ogromnym Londynie, jego pokręconych uliczkach i dzielnicach. Pomimo mojego już dość długiego pobytu w Anglii, to wciąż dla mnie za dużo.
Otworzyłam drzwi małego budynku i rozejrzałam się. Prawie natychmiast ruszyłam w stronę kobiety za dość dużym biurkiem, które miało chyba robić za recepcję.
-Dzień dobry. - mruknęłam posyłając w jej stronę słaby uśmiech.
-Witam. W czym mogę służyć? - spytała o wiele hojniej wykrzywiając usta, prowadząc ich kąciki do miłego uśmiechu.
- Chciałabym się zapisać na sekcję artystyczną i... I muzyczną. -  odpowiedziałam.
- Już przynoszę papiery. - rzuciła w moją stronę kobieta i znikła za drzwiami.
Spokojnie wypełniałam rubrykę za rubryką. Zaczynając od imienia, przez stopień umiejętności, aż po godziny w szkole. Marszcząc brwi omiotłam jeszcze raz wszystko spojrzeniem i oddałam pani Allen (jej nazwisko poznałam gdzieś pomiędzy jej wesoło gadką, a moimi krótkimi odpowiedziami) papiery.
- Prawdopodobnie za tydzień będziesz miała testy, potem zadzwonię i podam ci szczegóły.- poinformowała mnie, spinając kartki razem.
-Do widzenia. - rzuciłam jeszcze i wyszłam z pomieszczenia.
Postanowienie o zapisie do Szkoły Artystycznej wzięło się właściwie z tego, że: a) mam dużo wolnego czasu, b) w mojej szkole raczej nie biorą pod uwagę arystycznych dusz, c) czas coś zrobić ze swoimi pasjami, a nie ukrywać je w zamkniętym pokoju.
Przeszłam przez bramę West Ham Park (nie chciałam tłumaczyć nazw własnych). Kiedy ja zdążyłam znaleźć się w tej części Londynu? Rozejrzałam się spokojnie. Parę osób siedziało na kocach, starając się zapomnieć o zimnym wietrze, trochę nastolatków kopało piłkę, para dziewczyn jeździła na rolkach. Każdy wiódł własne życie, z własnymi problemami i każda osoba ma swój własny pogląd na świat.
Opadłam na ławkę, przymykając powieki. Otworzyłam je i spojrzałam na zegarek w telefonie. Godzina 15:30 nakazywała zjeść cokolwiek, żeby nie zemdleć na środku ulicy, ale ja zamiast w stronę jakiejś knajpki, podążyłam do najbliższej kawiarni.
Wchodząc do środka uderzyło we mnie ciepłe powietrze, rozgrzewając zarumienione policzki. W środku unosił się aromat kawy i słodkich ciast. Usidłam w kącie, z dala od spojrzeń ludzi, nie skora znieść ich wścibskich tęczówek, przemykających przez moje wychudzone ciało. Już od dawna znam to spojrzenie: ''patrzcie, kolejna anorektyczka.'' W końcu podeszła do mnie kelnerka, a ja zamówiłam zieloną herbatę. Z własnymi myślami piłam gorący napój, stukając palcami po blacie. Pamiętam jak mama siadała na przeciwko mnie, biorąc kubek z kawą i patrzyłyśmy się na siebie w ciszy. Nic więcej nie było nam potrzebne. Teraz, tęsknię za widokiem tych łagodnych tęczówek, skanujących moją zarumienioną buzię.
Wychodząc z kawiarni wcisnęłam do uszu słuchawki, puszczając playlistę. Znalazłam się nagle nad Tamizą, opierając się o barierkę. Powinnam zacząć zastanawiać się nad tym gdzie chodzę... Odepchnęłam się dłońmi od metalu i ruszyłam w dalszą drogę. Przez melodię piosenki przebił się czyjś wesoły śmiech. Odwróciłam się w tamtą stronę. Nagle mignął mi gdzieś błękit TYCH tęczówek, ale zaraz potem zniknął, a przed oczami miałam tylko znudzonych londyńczyków. Potrząsnęłam głową, wyrzucając z głowy niepotrzebne myśli i skierowałam się w stronę mojego miejsca zamieszkania.
Nawet nie wiem kiedy to minęło, ale na zegarze widniała 24:30, kiedy minęłam próg domu. Nie robiąc hałasu, przedostałam się do swojego pokoju. Wzięłam szybki prysznic i łykając kilka tabletek nasennych pogrążyłam się w głębokim śnie.
Gdy obudziłam się rano, zniknął przyjemny sen, a uderzyła we mnie rzeczywistość: dzisiaj niedziela, a to oznacza obiad z tym całym zespołem taty...
Na prawdę próbowałam o tym myśleć jak najmniej, ale po prostu się nie dało. Elizabeth krzątała się od rana w kuchni, sprzątała mieszkanie (jakby nie było wystarczająco wyczyszczone) i dawała każdemu zadania. Tylko ja zabunkrowałam się w swoim bezpiecznym pokoju i dopiero kiedy zbliżała się godzina obiadu, wstałam z parapetu i poszłam do łazienki.
Pogładziłam sukienkę z miękkiego materiału założoną na moje ciało. Zapewne eksponowałaby się znacznie lepiej na wieszaku w szafie, niż na ohydnej, bladej skórze, ale to wyjątkowa okazja.
Poza tym, jest to sukienka, w której miałam iść na pogrzeb mamy. Zdarzenie to miało mieć miejsce kilka lat temu i w sumie odbyło się, ale nie miałam dość sił psychicznych jak i fizycznych by obejrzeć jej sztywne, smutne zwłoki w drewnianej trumnie.
Wspomnienie rodzicielki przywołało łzy do moich oczu.
''O nie, musisz się trzymać'' -powiedziałam do siebie w duchu i poprawiłam zsuwające się ramiączko.
W dawnych czasach sukienka miała być na mnie idealnie dopasowana, a teraz, pomimo, że byłam sporo starsza - rozmiar XS był za duży.
W pewnym sensie byłam niepoczytalna umysłowo. Specjalnie ubrałam się w ten strój. Chciałam pokazać, że zmuszanie mnie do brania udziału w jakimś tam obiedzie z jeszcze mniej interesującym mnie zespołem jest nieposzanowaniem mojej woli. To jak p o g r z e b mojej duszy.
Wsunęłam na stopy pasujące do ubioru, czarne balerinki i przygotowałam się do odprawienia teatrzyku, w którym dostałam najmniej znaczącą, epizodyczną rolę.
W idealnym (choć wciąż strasznym) momencie usłyszałam dzwonek do drzwi zapowiadający gości.
-Madie!-krzyknęłam półgłosem co raczej przypominało szept.
Dziewczynka wyszła ze swojego pokoju odziana, w o dziwo nieróżowy, komplet składający się z kremowego sweterka i brzoskwiniowej sukienki do kolan.
Z ręką na sercu musiałam przyznać, że wyglądała zaskakująco uroczo i normalnie.
-Możesz iść przede mną? -nim zdążyłam dokończyć zdanie, została popchnięta w kierunku schodów.
Z dołu dobiegały głuche rozmowy i liczne śmiechy.
Mimo to, zebrałam się w sobie, poprawiłam rozpuszczone luźno włosy i lekkim krokiem zeszłam po stopniach prowadzących wprost do salonu.
Jeszcze przed postawieniem nogi na ostatnim stopniu, słyszę piski, a raczej wycia, Mad.
Oczywiście przyśpieszyłam kroku chcąc sprawdzić na co tym razem się przewróciła.
Po wejściu do salonu mój wzrok nie odnajduje w pierwszej kolejności przewróconego, tłustego cielska przyrodniej siostry na podłodze, lecz wzrok błękitnych oczu.
To On.
Odnalazłam go.
Szukam w sobie jakichkolwiek oznak szczęścia, radości. Czuję jednak tylko przerażenie.
Co jeżeli podzieli się informacjami na mój temat z Rodziną Idealnych?
Wciąż stojąc w miejscu szukałam jakiegoś ratunku.
-Leno, czy mogłabyś usiąść już z nami do stołu? -zapytał ojciec.
Otrząsnęłam się, kiwnęłam posłusznie głową i zajęłam jedyne wolne miejsce przy mahoniowym meblu.
Przeoczyłam istotny szczegół. Mianowicie: znajduję się teraz centralnie na przeciw tajemniczego chłopaka. Szukam w jego wzroku jakichkolwiek oznak zaciekawienia, czegoś, co mogło by mnie zmartwić. Co najdziwniejsze blondyn tylko uśmiechnął się do mnie ciepło i odwrócił wzrok w kierunku zagadującego go mulata.
Czyżby mnie nie pamiętał?
To chyba trochę mnie zabolało. Głupia, powinnaś się cieszyć.
Ktoś nałożył na mój talerz sporą porcję ryżu i warzyw z kurczakiem. Zjadłam prawie połowę dania bez żadnych sprzeciwów. Pomimo szczerych chęci, nie zdołałam zmieścić nic więcej.
Zauważyłam, że Colin przyglądał się moim poczynaniom i uśmiechnął się pokrzepiająco.
To dodało mi sił by zwrócić uwagę na to co konkretnie się dzieje wokół mnie.
Piątka chłopaków zaczęła przedstawiać się po kolei. Udało mi się nawet zapamiętać ich imiona. Harry, Zayn, Liam, Louis i niebieskooki blondyn Niall. Czyli One Direction.
Bezimienny chłopak z parku przestał być dla mnie anonimowy.
Niall.
Teraz to imię nie będzie dawało mi spać po nocach.
Wkrótce wyszło na jaw, że nie mam kompletnie pojęcia kim oni są.
-Na prawdę nigdy o nas nie słyszałaś? -zapytał Harry. Jego zdumiona mina była bezcenna.
-Przykro mi. -powiedziałam wzruszając obojętnie ramionami.
Chłopak starał się nawiązać ze mną kontakt. Zagadywał, pytał o dziwne rzeczy.
Był miły, ale nie potrafiłam się przy nim odnaleźć. Mój wybawca, o którym za wszelką cenę starałam się zapomnieć przyszedł mi z pomocą.
-Leno, co lubisz robić w wolnym czasie? -zapytał Niall odciągając ode mnie lokatego zboczeńca.
-Chodzę do szkoły, uczę się, czytam. Nic specjalnego. -skłamałam. Po chwili zorientowałam się, że wypadałoby zapytać o to samo.- A ty? Co lubisz robić?
-Śpiewam, ale lubię też pograć na gitarze.
Momentalnie podniosłam wzrok. Jedna, jedyna rzecz, która nas łączyła sprawiła mi ogromną radość.
Chłopak chyba to zauważył i posłał mi pytające spojrzenie.
Nerwowo zaczęłam bawić się bransoletką zaczepioną na lewym nadgarstku, która miała na celu przysłonienie blizn.
Resztę obiadu przemilczałam nie starając się być chociaż kulturalną dla reszty otoczenia. Miałam ich grzecznie mówiąc głęboko w nosie.
Istniał tylko On. Poprawka. Istniał tylko Niall.
Gdy Elizabeth z trudem odciągnęła przyssaną do Harrego jedenastolatkę, dała mi za zadanie odprowadzić chłopców do drzwi.
Spełniłam jej żądanie.
Każdy po kolei wychodził, a ja żegnałam się z nimi wymuszając z siebie ostatki szczęścia. Został tylko Niall, który wyraźnie się ociągał.
Już myślałam, że wreszcie wyjdzie z tego przeklętego domu, kiedy nagle obrócił się w moją stronę.
Szybko chwycił mnie za nadgarstek mocno nacierając na blizny. Syknęłam z bólu zaciskając szczękę.
-Bolało, boli i będzie boleć. - szepnął w moją stronę i już go nie było.
Stałam oniemiała w progu i patrzyłam się pustym wzrokiem w przestrzeń.
Nie wiek kto i jak, ale w jakiś posób pewna osoba odciągnęła mnie od wejścia i dotargała do pokoju.
Pamiętam tylko jego słowa przechodzące przez moją głowę i te niebieskie tęczówki, które widziałam zamiast rzeczywistości.

czwartek, 26 września 2013

Rozdział 4

Edytuj post 7 komentarzy
Przejechałam opuszkiem palca po gojących się szramach.
Nie zdążyło minąć wiele czasu, więc wciąż były wypukłe i zaczerwienione. Na szczęście nie było to nic poważnego. Jakimś cudem, choć pocięłam się głęboko,ostrze nie dosięgnęło żył.
Ten chłopak mnie uratował. Dzięki niemu wciąż żyję.
Ta myśl nie dawała mi spokoju. Śniłam o nim. Jedyny plus całej tej sytuacji - mogłam spać chociaż kilka godzin w nocy.
Kim on jest? Po co mnie uratował?
Mogłabym tak pytać w nieskończoność, a i tak nie uzyskam odpowiedzi. Niebieskooki tak jak niespodziewanie się pojawił, tak samo zniknął. Pogodziłam się z tym, że nigdy więcej już go nie spotkam.
-Lana, możesz powtórzyć to co powiedziałem? -głos nauczyciela angielskiego przerwał moje rozmyślania. Znów źle wypowiedział moje imię.
Spojrzałam na przygrubego mężczyznę z okularami na nosie.
-Niestety nie - odpowiedziałam starając się ukryć w jakiś sposób mój szkicownik.
Mimo moich starań nauczyciel wyciągnął w moim kierunku otwartą dłoń i rzucił znaczące spojrzenie na zeszyt.
Niechętnie podałam mu moje rysunki.
Od paru dni rysowałam tylko TE oczy.
Mężczyzna przekrzywił głowę wertując kartki by już po paru sekundach oddać mi moja własność.
-Odnotuje twoje zachowanie -poinformował i zajął się prowadzeniem lekcji.
Grzebiąc w szafce, nie poczułam jak ktoś stoi za moimi plecami. Robiąc krok w tył poczułam na swoich plecach czyjś tors. Po chwili poczułam ostry, nieprzyjemny zapach perfum. Zmarszczyłam nos i po chwili rozpoznałam zapach. Krew w żyłach zaczęła płynąć szybszym tempem. Mięśnie brzucha zacisnęły się. Oddech uwiązł mi w gardle.
-Cześć księżniczko. - usłyszałam szept w uchu.
Krew momentalnie stanęła, za to oddech urósł do nienaturalnego tempa. Wszystko zaczęło kręcić się wokół mnie. Skamieniałam. Nie byłam w stanie nic zrobić.
Poczułam jak ten obleśny typek obraca mnie przed siebie i już po chwili byłam przygwożdżona do szafek. Jego tors opierał się o moją klatkę piersiową. Był wysoki. Przerażająco wysoki. Oddech znowu stanął.
-Tęskniłem skarbie. - jego oddech oblał moją twarz.
Chciałam stamtąd zniknąć. Rozpłynąć się. Jak cudownie byłoby podryfować w czarującej pustce pełnej bezdennej nicości. Ale tutaj rzeczywistość. Coś gdzie nie masz szansy być szczęśliwym.Coś gdzie wszystko sprowadza się do materializmu.
-A co ty dzisiaj taka cicha? - oparł swoje czoło o moje.
Czułam jak zbiera mi się na wymioty. To ja jeszcze mam czym?
-Puść mnie, proszę. - to jedyne co udało mi się powiedzieć przez zaciśnięte gardło.
- A co się stało z twoim temperamentem, hmmm? - zakpił ze mnie.
Czułam jak bezsilność uderza w mój brzuch i roznosi się po całym ciele. Czułam jak jego opuszki palców błądzą po moich ramionach. Nagle pomknęły w dół i zacisnęły się na nadgarstkach. Miałam ochotę wrzasnąć, ale ograniczyłam się do krótkiego przekleństwa w myślach.
-Odwaga zniknęła, co? Czy może jednak zrozumiałaś, że jestem tym jedynym, hmmm? - syknął mi do ucha.
Brakowało mi sił.
-Puść mnie, zostaw, błagam. - nie byłam w stanie walczyć.
-Najpierw się lepiej poznajmy. Jestem Ben. A ty, piękna? - przesunął swoim nosem o mój.
Zaraz rzygnę. Czemu to nie jest wieżowiec i nie mogę stąd skoczyć? 
-Lena. - szepnęłam.
Czemu ja to powiedziałam? Czemu ja to do cholery wypuściłam z ust?!
-Jak ładnie... - nie dokończył.
-Puść mnie. - warknęłam mocno podirytowana.
Byłam już wnerwiona, ale cała moja siła ulotniła się wraz ze szczęściem. 
-Nie wiem, czy to będzie taki łatwe, bo...
-Będzie łatwe. - warknął ktoś zza Bena.
Ciało mojego nieprzyjemnego towarzysza zostało nagle ode mnie oderwane. Miałam tak słabe kolana, że zjechałam po szafkach na sam dół. Przymknęłam powieki. Usłyszałam tylko stłumiony dźwięk uderzenia i jak ktoś odchodzi, zapewne kulejąc. Dopiero wtedy odważyłam się podnieść wzrok. Przede mną klękał Colin i coś do mnie mówił. Ale co on tutaj robi?! Przecież zaczyna lekcje dopiero za godzinę... Ale co on mówi? Słabo mi. Ciemność.
Obudziłam się czując znajomy zapach pościeli w moim pokoju. Byłam szczelnie przykryta kołdrą, ale czułam czyjąś obecność. Podniosłam się do pozycji siedzącej i rozejrzałam po pokoju. Obok mnie spał Colin. Zmarszczyłam brwi, ale po chwili wszystko sobie przypomniałam. Okryłam go kołdrą i zeszłam na dół.
Usidłam w pustej kuchni, w pustym domy, z pustymi ścianami, który jest kobiety o pustym sercu. Patrzyłam się na białą przestrzeń przede mną. Nie byłam w stanie niczego zrozumieć. Nie zdążyłam nawet dojść do tego od czego powinnam zacząć, kiedy usłyszałam głos za sobą.
-Co ty ze sobą wyprawiasz? - spytał Colin.
Powoli obróciłam się na krzesełku i spojrzałam w oczy Colina.
Były puste. Och, czyli on też nie jest skory do wylewania uczuć?
-A co miałabym robić? - odpowiedziałam, unikając odpowiedzi.
-Mnie nie okłamiesz. - syknął.
Podszedł do mnie i nerwowo zacisnął palce na moim ramieniu.
-Myślisz, że nie widzę jak nieudolnie próbujesz rozsmarować jedzenie po talerzu? Jak wyrzucasz z siebie każdy posiłek? Że nie widzę tych wszystkich szram i siniaków? Nie jestem ślepy jak większość osób w tym domu. Nie jestem jak moja matka, czy twój ojciec. Nie jestem jak ta mała, cholerna Madie. Siedzimy w tym razem. Oboje musimy przeżyć jeszcze parę lat w tym domu. O ile można to coś nazwać domem. Nie wmówisz mi, że wszystko jest okej. - powiedział.
Czułam jak wszystko powraca. Jak każda zraniona cząsteczka mnie zaczyna wrzeszczeć. Jak całe zło wypływa na wierzch. Jak ten cały ból, ukryty gdzieś głęboko, powraca na nowo. Czułam, jak się rozpadam.
-Ja już nie daję rady, Col. - szepnęłam i wtuliłam się w jego tors, wybuchając niepohamowanym szlochem.
-Będzie dobrze, poradzimy sobie jakoś.-wyszeptał cicho mój przyrodni brat.
Zacisnęłam mocniej palce na jego karku gdy do kuchni wleciała Szczerbata Wiedźma. 
-Lena, podgrzej mi kolację. -powiedziała nawet nie spoglądając w naszym kierunku i poszła do salonu zakładając jednocześnie na uszy słuchawki.
Colin zaśmiał się mi do ucha i wypuścił ze swoich objęć. 
-Nakarm Madie, a ja spadam do Josha. -posłał mi ciepły uśmiech i pomimo zaczerwienionych oczu wyglądało to bardzo przekonująco. 
-Jasne - powiedziałam cicho wycierając łzy rękawem swetra.
Usłyszałam trzaśnięcie drzwiami wejściowymi i zabrałam się za odgrzewanie spaghetti.
Parujący makaron z sosem posypałam startym parmezanem i zawołałam moją pseudo siostrę.
Wierna kopia Elizabeth przyszła do kuchni, usiadła na krześle na przeciwko mnie i wyjęła z uszu słuchawki.
Słysząc z telefonu znaną mi melodię, zdziwiłam się. 
-Co to za piosenka? -zapytałam.
Dziewczynka popatrzyła na mnie jak na idiotkę, ale nic nie odpowiedziała. 
Odłączyła za to słuchawki od komórki bym mogła lepiej usłyszeć tekst piosenki. 
W pewnym momencie Madie wrzasnęła.
-Słyszysz?! Solówka mojego męża! -wykwiczała plując mi przy tym na twarz.
Zniesmaczona potarłam dłonią policzki.
-To znaczy kogo? -zapytałam z zapewne żenującą miną.
Bachor znów nie odpowiedział na moje pytanie i zaczął puszczać coraz to lepsze piosenki tego samego zespołu. Jak dla mnie trochę zbyt radosne, ale co się dziwić. Według mego gustu nawet marsz żałobny jest zbyt radosny.
Po kilku kolejnych utworach zrozumiałam, że śpiewa w nich kilka głosów. Każdy inny, aczkolwiek dobrze współgrający z następnym. Jeden z nich zaintrygował mnie najbardziej.
Właściciel ów głosu, zapewne chłopak, miał taką ciepłą barwę i miły akcent. 
Ale chwileczkę... Od kiedy to co miłe i ciepłe mi się podoba?
Cholera, od kiedy cokolwiek mi się podoba?
Pewnie umarłam. Pocięłam się, umarłam i teraz jestem w piekle. Nie mam innego wytłumaczenia na moje irracjonalne zachowanie.
-Dobra, Maddie, wyłącz tą przeklętą muzykę i zacznij jeść spaghetti, bo wystygnie -powiedziałam utwierdzając się w przekonaniu, że jednak nie pocięłam się, żyję oraz nie jestem w piekle i odeszłam od stołu.
  Wchodząc do pokoju zamknęłam drzwi na klucz. Chciałam mieć pewność, że nikt, a zwłaszcza ta potworna Madi, nie wejdzie mi do pokoju. Położyłam się płasko na brzuchu obok łóżka i zaczęłam pod nim grzebać. Wyciągnęłam sztalugę, 6 rodzajów farb, pędzle, brystole, bloki, tylko nie to co potrzebowałam. Wsunęłam wszystko z powrotem i zaczęłam się zastanawiać. Nagle olśniło mnie. Stanęłam na krześle od biurka i zdjęłam z szafy czarny pokrowiec. Schodząc na dół powoli rozsunęłam  zamek. Czarna powłoka zdążyła się już mocno zakurzyć przez te parę miesięcy. Wyjęłam z niego drewnianą gitarę i otrzepałam z kurzu. Usidłam na podłodze. Wygodnie ułożyłam gitarę na kolanie i palce na strunach. Spokojnie nastroiłam dawno nie używany instrument i zaczęłam grać. Dłoń gładko przechodziła po gryfie, kiedy palce drugiej ręki delikatnie szarpały struny. Każda nutka harmonizowała się z poprzednią tworząc słodką całość. Delikatnie odchrząknęłam, a po chwili z moich ust zaczęły wydobywać się słowa:

Another day another life
Passes by just like mine
It's not complicated

Another mind
Another soul
Another body to grow old
It's not complicated

Do you ever wonder if the stars shine out for you?
Float down
Like autumn leaves
Hush now
Close your eyes before the sleep
And you're miles away
And yesterday you were here with me

Another tear
Another cry
Another place for us to die
Its not complicated

Another life that's gone to waste
Another light lost from your face
It's complicated

Is It only wonder or do birds still sing for you?
Float down
Like autumn leaves
Hush now
Close your eyes before the sleep
And you're miles away
And yesterday you were here with me

Ooh how I miss you
My symphony played the song that carried you out
Ooh how I miss you
And I miss you and I wish you'd stay
Is it any wonder that the stars shine out for you?
Float down
Like autumn leaves
Hush now
Close your eyes before the sleep
And you're miles away
And yesterday you were here with me

Float down
Like autumn leaves
Hush now
Close your eyes before the sleep
And you're miles away
And yesterday you were here with me

Ooh oh, ooh oh
Ooh oh, ooh oh

Touch down
Like a seven four seven
Stay out and we'll live forever now

Wczoraj byłaś obok mnie, a dziś jesteś mile stąd... Słowa wciąż dźwięczały w mojej głowie. Jakie to dziwne. Minęło tyle lat, a ja się wciąż czuję jakbym straciła cię kilka godzin temu. Jakbyś jeszcze rano życzyła mi miłego dnia, gdy wychodziłam do szkoły. A kiedy orientuje się, że nie ma ciebie już te trzy lata, czuję się tak samo. Tak samo jak wtedy, kiedy weszłam do domu. Nie było cię wtedy tam. A zawsze byłaś. I czuję ten sam ból, kiedy przybiegła do mnie babcia i powiedziała, że jesteś w szpitalu. I wciąż czuję to samo rozczarowanie i tęsknotę wyżerające serce, kiedy odeszłaś. I tak w kółko. Już dawno przestałam żyć, ja już tylko funkcjonuję.
Kolacja. Jak ja nienawidzę tego słowa. Oznacza jedzenie. Przegryzanie, połykanie i cała ta afera z przyjmowaniem kalorii. Nienawidzę tego. Na samą myśl czuję jak przełyk zaciska się i nie chce dopuścić do siebie ani kęska. Bo po co mi? I tak już jestem wystarczająco tłusta.  Nie chcę ważyć ani grama więcej. A każda pojedyncza kaloria przybliża mnie do kolejnego kilograma na wadze. To takie potworne.
Chwytając sztućce czułam jak nitki sweterka zahaczają o strupy na nadgarstkach. Każda pojedyncza cząsteczka bólu wlewała na moją twarz uśmiech. Dzięki niemu zapomniałam, że cokolwiek jem. I właśnie tak pochłonęłam całą kolację. Włącznie z deserem.
Rozmowa rutynowo polegała na opowiadaniu sobie dnia: przykrych zdarzeń, zabawnych historyjek, monotonnych wydarzeń i ogółem całego tego gówna świata. I wszystko  byłoby dobrze i naturalnie, gdyby nie jedno, bardzo głupie zdanie z ust Madeline.
-A ja dziś słyszałam jak Lena gra na gitarze w swoim pokoju! - wykrzyknął ten głupi dzieciak.
Wszystkie oczy nagle zwróciły się ku mnie. Zapanowała cisza. Elizabeth patrzyła na mnie wzrokiem  ''Jakim prawem umiesz więcej od moich dzieci!'', Madi cieszyła się jak głupia, ojciec wpatrywał się z lekko uchylonymi ustami. Natomiast Colin uniósł lekko prawą brew i patrzył się na mnie z lekkim uśmiechem.
-Madi, wydawało ci się. To leciało z płyty. - gładko skłamałam, siląc się na uśmiech.
-Nie prawda! Doskonale słyszałam! Najpierw ją nastroiłaś, potem grałaś. Ach, no i jeszcze śpiewałaś taką piosenkę. Trochę smutną, ale bardzo ładną. No i ślicznie śpiewasz. - zaprotestował potwór.
W tym momencie miałam ochotę wstać, wziąć tego bachora na ręce, wyjść na dach i go stamtąd zrzucić. A najlepiej to sama skoczyć.
-Nie miałem pojęcia, że potrafisz... - wydukał ojciec przez wciąż rozchylone wargi.
Powiedział to po polsku. Elizabeth posłała mu oburzone spojrzenie, przypominając, że to ją uraża. Tata jakoś specjalnie się tym nie przejął.
-Ty ogółem nic o mnie nie wiesz. I nigdy nie chciałeś wiedzieć. - warknęłam w stronę ojca w ojczystym języku.
Z impetem odsunęłam krzesło i wyszłam z jadalni, rzucając na odchodnym obrażone: dziękuję, było pyszne. Zdążyłam zarejestrować jeszcze zmartwioną minę ojca i zdezorientowanie innych. Potem nie wiem jak i kiedy znalazłam się w swoim łóżku, zakopując się szczelnie w kołdrę. Kiedy ja zdążyłam się umyć?!
 Była jakoś trzecia w nocy, kiedy usłyszałam jak ktoś uchyla drzwi mojego pokoju. Szybko zamknęłam oczy i udawałam, że śpię. Przecież ktoś tak szczęśliwy jak ja, nie może wiedzieć co to bezsenność.
-Doskonale wiem, że nie śpisz. - usłyszałam głos Colina.
Odetchnęłam z ulgą.
-Nie wiedziałam, że to ty. Stało się coś? - odpowiedziałam, podnosząc się na łokciach.
Colin stanął obok łóżka. Posunęłam się i poklepałam miejsce obok. Chłopak zwinnie wskoczył pod kołdrę i położył się obok.
-Madi miała rację, prawda? - spytał bawiąc się rowkiem kołdry.
-Tak. Skąd wiesz? - spytałam.
-Uśmiechnęłaś się. Tylko, że nie prawdziwe. Sztucznie. I chociaż masz to opracowane do perfekcji, to ktoś taki sam jak ty rozpozna fałszerstwo. Kłamałaś, mówiąc, że nie umiesz grać. - odpowiedział chłopak.
-Muszę zmienić taktykę. - szepnęłam i opadłam na poduszki.
-Mogę zostać? - spytał Colin lekko niepewnym głosem.
Zdziwiło mnie to pytanie. Ale chyba czas na zmiany.
-Pewnie. - odszepnęłam.
Przytuliłeś mnie delikatnie. Tak jak brat przytula siostrę. Jak przyjaciel przyjaciółkę. I po chwili spaliśmy razem, oddychając tym samym tempem.

icant breatheicantsmile:
Rozdział czwarty! Sama dziwię się, że praca idzie nam aż tak dobrze. Zważywszy na to, że jestem zwykle mało zgodna. Kamila musi być jakimś cudotwórcą. Z resztą jej talent nie zatrzymuje się tylko na pozywywnym wpływie na innych ludzi, ale pisze też świetne opowiadania! Chyba sami możecie to ocenić czytając poszczególne fragmenty rozdziałów. Uzupełniamy siebie nawzajem i to jest wspaniałe.
Mam tylko prośbę do wszystkich czytelników: wszystkie rozdziały piszemy wspólnie i nam obu jest niezręcznie gdy ktoś pisze w liczbie pojedynczej w komenatrzu. Ale też dziękujemy z całego serca za opinie i zachęcamy do dalszej lektury. Obiecuję, że już niedługo pojawi się One Direction! Buziaki.

Kamila (Zarozumialec .!)
Ta dam! Wszystko idzie jakoś tak lekko i tak dziwnie. Z reguły wyklinam wszystkich, kiedy wciskają mi się ze swoimi pomysłami, ale wyjątkowo ta funkcja wyłącza się, kiedy pracuję z icantbreatheicantsmile (na prawdę nie rozumiem jej awersji do swojego imienia, jest lepsze od mojego). Cieszę się, że zrobiłam wreszcie coś wbrew sobie i napisałam do tej mega utalentowanej dziewczyny.
Rozumiem, że nie wszyscy są zainteresowani notatkami pod rozdziałami, ale one czasem mają dużo informacji, także warto je czytać. Teraz nie chcę być dla nikogo nie miła, ale po powtarzam, że to dość irytujące, kiedy ktoś pisze do nas komentarze, jak do jednej osoby. Ja rozumiem, że nie wszyscy zwracają uwagę na autorów, ale chyba powinni. Przecież to dzięki nim coś powstaje. Kiedy czytamy komentarze do jednej osoby czujemy się dość niezręcznie, bo przecież jeszcze jest ta druga osoba, dzięki której to jest.
Ale koniec umoralniających gadek. Trzymajcie się, idźcie na przód i w ogóle ''carpie diem''. Do napisania!
Właśnie zorientowałam się, że napisałam prawie to samo co moja koleżanka z góry... Ale porażka.

piątek, 13 września 2013

Rozdział 3

Edytuj post 7 komentarzy
Moje powieki były ciężkie, ale przed oczami nie chciał zagościć sen. Przekręciłam się na brzuch i wzięłam głęboki oddech. Uparcie trzymałam zaciśnięte powieki i raz co raz głębiej ziewałam. Ukojenie nie nadchodziło. W końcu poddałam się Pani B i otworzyłam oczy. Po policzkach zaczęły mi spływać łzy bezsilności. Ja chcę tylko zasnąć... Niestety moja stara znajoma Pani B uparła się na kolejne nocowania. W rzeczywistości B miała na imię: Bezsenna Bezgraniczna Beznadzieja, le wolała skrót. Brzmiał lepiej.
Sięgnęłam do szafki po białe pudełko. Stamtąd wygrzebałam listek odpowiednich tabletek i łyknęłam trzy. Po takiej dawce mam gwarantowane 10 godzin. Reszta to kwestia otoczenia. Jutro sobota: tata i Elizabeth w pracy, a rodzeństwo idealne na dodatkowych zajęciach. Czyżbym miała szansę wyspania się? Po tylu latach?
Spałam już czwartą godzinę (REKORDZIK), kiedy przez mój umysł przebił się dzwonek telefonu. Tabletki były tak silne, że nie zbudziłam się i postanowiłam to zignorować. Jednak po piątej próbie podniosłam powieki i mega trzęsącymi się rękoma chwyciłam telefon.
-Słucham? - wychrypiałam do słuchawki.
-O, Lena! Dobrze, że wreszcie odebrałaś. - usłyszałam głos ojca. - Jesteś w domu?
-Noooo...
-Za jakieś 5 minut przyjdzie do domu moja asystentka. Daj jej teczkę, która leży na stole w kuchni. Taka zielona.
-Dobrze tato.
-Dziękuję. Do zobaczenia.
-Pa.
W słuchawce nastąpiła cisza.
Rzuciłam telefon na pościel i zwlekłam się z łóżka. Rozciągnęłam się i ciężki krokiem ruszyłam na dół. Kolana uginały się pod ciężarem ciała. Dłonie trzęsły mi się jak u paralityka. Żołądek wykręcał się we wszystkie strony, a świat wirował wokół mnie. Każdy krok sprawiał napiętym mięśniom co raz większy ból. Nigdy nie czułam się tak źle. Nigdy nie czułam się tak... Cudownie.
Zmrużyłam oczy na biel panującą w kuchni. Wszystko było tak sterylnie czyste, że miała wrażenie, że mieszka tu samotna pedantka, a nie zabiegane małżeństwo z trójką dzieci. Przez to wszystko przebijała się przetarta, zielona teczka z pękniętą gumką. Wyglądała tutaj jak wyrzutek. Całkowicie kontrastowała z całym pomieszczeniem... i była mojego ojca.
Stanowczo Elizabeth i tata nie pasują do siebie. Ale tu nie chodzi o miłość. Elizabeth jest ładna, inteligentna, ma dobrze wychowanego syna, dba o dom i rodzinę. Jest żoną idealną, a taką mój ojciec musi przedstawiać w pracy. Za to mój tata jest bogaty. Oboje czerpią korzyści. Wystarczy tylko sztuczne uczucie bliskości, zrozumienia i kilka kłamliwych: kocham Cię. To wystarczy by stworzyć idealną ''rodzinę''
Z zamyślenia obudził mnie dzwonek do drzwi. Chwyciłam teczkę i chwiejnym krokiem podeszłam do wejścia. Podpierając się na klamce otworzyłam drzwi. Zastałam za nimi idealnie opaloną szatynkę. Miała na sobie beżową sukienkę na francuskich cięciach. Do tego czarna marynarka i niewysokie czarne szpilki. Brązowe włosy spięła w eleganckiego koka. Jeśli myślcie, że stała przede mną królowa perfekcyjnej elegancji to grubo się mylicie. Na jej zaróżowione policzki opadały lekko kręcone kosmyki włośów, które uciekły spod gumki. Wark=gi były lekko rozchylone, a usta całe wyschnięte. Sukienka zwijała się w paru miejscach i była wygnieciona. Szpilki całkiem obtarły jej stopy, przez co miała zaróżowione linie łączące nogi z butami. Rękawy marynarki co chwilę podwijały jej się pod łokcie.
-Cześć, ja po teczkę. - wydyszała zbieganym tonem.
Mówiła po polsku. Po polsku bez akcentu. Jest polką. Asystentka mojego ojca jest polką. Zaraz zemdleję.
Pokiwałam głową w totalnym oszołomieniu i wyciągnęłam rękę w jej stronę. Szybko chwyciła papiery, krotko podziękowała i już jej nie było. Całkowicie zdezorientowana powróciłam przed drzwi swojego pokoju. Chwyciłam za klamkę, kiedy poczułam jak bardziej kręci mi się w głowie, robi słabo i... Ciemność. Totalna pustka. Zemdlałam.
Poczułam na swoim czole coś zimnego i lekko mokrego. Leżałam na łóżku. Tylko nie na swoim. Moja pościel pachniała wanilią, a ta przesiąknięta była męskimi perfumami. Gdzie ja do cholery jestem? Ostatnie co pamiętam to szok po usłyszeniu polskiego z ust asystentki. Potem tylko ciemność. Chyba mnie nie porwała, co? Podniosłam ciężkie powieki i zamrugałam kilka razy dostosowując się do półmroku pokoju. Uniosłam ciało na łokciach i uważnie rozejrzałam się po pomieszczeniu. Okład z czołą powędrował na kołdrę. Stanowczo to pokój jakiegoś chłopaka. Tylko trochę dziwnego, bo panował tu porządek. Poczułam jak coś, a raczej ktoś porusza się po mojej prawej stronie. Powoli i lekko przestraszona obróciłam twarz w kierunku ruchu.
-Colin? - wyszeptałam zdziwionym tonem, patrząc na chłopaka, który spokojnie się we mnie wpatrywał.
-Cześć. - odpowiedział tylko zdawkowym tonem.
-Co ja tu robię? - ponownie wymówiłam zniżonym tonem.
-Czemu szepczesz? - zaśmiał się cicho, a ja spiorunowałam go wzrokiem. - No nie patrz się tak na mnie. Wchodzę se do domu, idę na górę. Patrzę, a ty stoisz przed drzwiami swojego pokoju. Chciałem cię zajść od tyłu i przestraszyć. Kiedy już stałem za twoimi plecami, ty nagle się zachwiałaś i poleciałaś. Zdążyłem cię złapać. Zemdlałaś. - odpowiedział patrząc na mnie przenikliwymi tęczówkami.
Odwróciłam wzrok i tępo patrzyłam się w ścianę.
-Dziękuję. - powiedziałam już głośniej, odwracając z powrotem głowę ku niemu.
Pokiwał głową i uśmiechnął się pocieszająco. Wygrzebałam się spod kołdry i udałam się ku wyjściu z pokoju.
-Do zobaczenia. - powiedziałam na pożegnanie i już mnie nie było.
Wzięłam prysznic i ubrałam świeże ciuchy domowe. Przez resztę dnia leżałam w łóżku robiąc sobie przerwę na obiad i zwymiotowanie go, potem na kolację i zwymiotowanie jej i siusiu. Niedziele była identyczna, tylko bez mdlenia i dziwnej asystentki. Na obiedzie dowiedziałam się, że tata podpisał tą umowę z jakimś kolejnym komercyjny zespołem i pod żadnym pozorem nie siada się do stołu w krótkich spodenkach, zwłaszcza z materiału, a nie dżinsu. Na kolacji okazało się także, że nie wolno mi jeść w dresach. Nie chciałam zaczynać żadnych kłótni, więc po prostu zaakceptowałam wiadomości i jestem zmuszona do przestrzegania ich. Chcę stąd zniknąć. Jak cudownie przez chwilę byłoby podryfować w bezkresnej nicości.
Poniedziałkowy ranek odbył się rutynowo. Ubrałam się, zjadłam śniadanie. Spróbowałam jakoś pomniejszyć swój mundurek, zwymiotowałam śniadanie. Wyszłam do szkoły wciskając na uszy słuchawki i puszczając ulubioną muzykę. Stanęłam przy brami szkoły i wzięłam głęboki oddech. Z daleka widziałam sylwetkę swojego ''kolegi''. Mocno przygryzłam wargę. Czułam jak mięśnie brzucha mocno mi się zaciskają. Oddech stał się szybki i płytki. Dłonie złożyły się w pięści, boleśnie wbijając paznokcie w skórę. Kolana lekko się trzęsły. Poczułam charakterystyczny, metaliczny smak krwi spływający na mój język i drażniący kubki smakowe. Wypuściłam wargę spomiędzy zębów i oblizałam ją, mając nadzieję, że nie zostanie trwały ślad. Spokojny krokiem ruszyłam w stronę wejścia i minęłam nieprzyjemnego znajomego. Na szczęście nie zauważył mnie... Albo nie chciał zauważyć. Lekcja za lekcją, a ja czułam się co raz bardziej samotna.  Parę razy ukrywałam się przed znienawidzonym kolesiem i minął mi poniedziałek. Najgorsze za sobą... Chciałoby się.
Weszłam do domu i poczułam przyjemny zapach curry. Przywitałam się z każdym fałszywym uśmiechem i poszłam na górę. Przebrałam koszulkę i usidłam przed biurkiem, chcąc odrobić lekcje. Ledwo zaczęłam pierwsze zadania z maty, kiedy poczułam jak ktoś przygląda mi się z tyłu. Po chwili doszedł do mnie dziwnie znajomy zapach. To ten sam zapach męskich perfum, który poczułam w sobotę tuż po przebudzeniu.
-Cześć Colin. - powiedziałam nie odwracając się w jego stronę.
-Cześć. Skąd wiedziałaś?
-Kobieca intuicja. - skłamałam i obróciłam się na krześle w jego stronę.
-Obiad gotowy. - poinformował mnie i wyszedł z pokoju.

Nieudolnie próbowałam rozmazać pokrojone kawałki kurczaka i sos po talerzu.
-Jak w szkole? -zapytała Elizabeth.
Nadziałam na widelec kawałek mięsa by nie wzbudzać podejrzeń.
-Wspaniale, mam masę koleżanek. -skłamałam nawet nie siląc się na radosny ton głosu.
Ta kobieta uwierzy we wszystko co wydaje się jej być prawidłowe - perfekcyjne jak jej rodzina.
Pokiwała tylko głową i nałożyła Małemu Różowemu Potworkowi kolejną porcję curry.
Tłusty dzieciak. Tyle, że wciąż perfekcyjny.
-Lena, pamiętasz jak opowiadałem ci o nowym kontrakcie? -zapytał nagle tata.
Wzruszyłam ramionami co w moim wykonaniu miało znaczyć ''Tak, ale nie obchodzi mnie to".
-To bardzo sławny zespół. Jesteś nastolatką, więc pewnie go znasz. -ciągnął -W przyszłym tygodniu wszyscy jego członkowie zjedzą z nami obiad i...-nie pozwoliłam mu dokończyć.
-Mogę iść na obiad do jakieś knajpki. -zaproponowałam wciąż udając, że nakładam cokolwiek na widelec.
-O nie, moja droga. Obiecywałem, że przedstawię im całą swoją rodzinę.
-A od kiedy ja do niej należę? -zapytałam po polsku.
Ojciec spojrzał na mnie ze złością. Elizabeth udawała, że niczego nie słyszy i myła naczynia.
Już w pierwszym tygodniu po przeprowadzce dostałam wykład na dwie godziny o tym, że nie powinnam używać polskiego przy macosze. To ją rzekomo uraża.
Wykorzystując moment, w którym tata starał dobrać się słowa na moje lekceważące zachowanie, uciekłam do swojego pokoju.
Zza sąsiedniej ściany dobiegała jakaś głośna muzyka. Nie znałam wykonawcy ani tytułu i chociaż melodia była sama w sobie do zniesienia, to w tym momencie mi przeszkadzała.
-Madie, możesz to wyłączyć? -zapytałam nad wyraz spokojnie. Jeżeli nie powstrzymywałabym swoich emocji, to najnormalniej w świecie wyrzuciłabym tego bachora za okno.
-Coś ci się nie podoba? -zapytała.
-Chcę się pouczyć, a tak głośna muzyka mi przeszkadza. Możesz chociaż ściszyć? -zapytałam już błagalnym tonem co nie było do mnie podobne.
Dziewczynka podeszła do odtwarzacza i przekręciła pokrętło na maksymalny zasięg.
Zasłoniłam rękoma uszy i trzasnęłam jej drzwiami.
Ja tu nie pasuję.
Muszę stąd uciec.
-Gdzie idziesz? -usłyszałam głos Colina gdy zakładałam buty.
 Po moim policzku pociekła łza.
-Na spacer.
Oczywiście jest za mądry by mi uwierzyć, ale chyba zrozumiał. Potrzebowałam choć chwili spokoju.
W kilka minut znalazłam się w jakimś parku. Był otoczony wielkim murkiem, który kojarzył mi się ze średniowieczem. Drzewa były posadzone dość gęsto dzięki czemu o tej porze było tam całkowicie ciemno.
Byłam w tym parku już kilka razy. Rysowałam przechodniów.
Usiadłam na pierwszej lepszej ławce i zaczęłam płakać.Jak małe dziecko.
Jakby ktoś zabrał mi lizaka i kazał stać w koncie.
Zmieniłam swoją pozycję i położyłam się na ławce. Drewno było zimne.
Jedną ręką chwytałam źdźbła trawy. W pewnym momencie natrafiłam na jakiś przedmiot.
Chwyciłam ów przedmiot w dłonie i podniosłam się.
Szklana butelka.
Najprawdopodobniej zostawił ją tu jakiś pijak.
Rozejrzałam się dookoła i gdy upewniłam się, że jestem sama, rzuciłam butelką o ziemię.
Szkło rozprysnęło się na dziesiątki kawałków. Wzięłam jeden z nich do ręki i obracałam między palcami.
Co jeżeli nic się nie ułoży?
Jeżeli do końca miałabym być nic niewartym popychadłem i czarną owcą w idealnej rodzinie...
Położyłam odłamek szkła na nadgarstku i lekko przycisnęłam. Poczułam pieczenie, które po chwili ustąpiło, a na jego miejsce pojawiła się szkarłatna stróżka. Przycisnęłam mocniej. W końcu zniecierpliwiłam się wzięłam szkło do ręki i zaczęłam wykonywać coraz to głębsze cięcia. Nie potrafiłam przestać. Chciałam skończyć tu i teraz. Krew spływała pomiędzy wygojonymi już bliznami tworząc biało-czerwone paski. Podwinęłam rękaw prawej dłoni i już miałam wykonać decydujące cięcie gdy poczułam mocne szarpnięcie za ramiona.
-Stój! Co robisz?! -usłyszałam.
Odwróciłam się.
Niewysoki chłopak próbował wyszarpnąć z mojej dłoni odłamek butelki.
On, rozhisteryzowany, próbujący mnie ratować i ja, wpatrująca się w niego.
Wybawca uniósł na mnie wzrok, gdy pomimo próśb i błagań nie wypuściłam z dłoni mojego narzędzia tortur.
Jego oczy. Jej oczy. Takie same. Ten sam odcień błękitu.
Tak jakby zimna woda została wylana na oparzone ciało.
Ona tu jest i widzi co robię.
-Słyszysz mnie?-zapytał już po raz setny chłopak.
Bardzo chciałam mu odpowiedzieć, ale to było niemożliwe. Chociaż otworzyłam wargi, to nie potrafiłam wydobyć z siebie dźwięku.
-Przepraszam -wyszeptałam wpatrując się w jego tęczówki po czym odwróciłam się na pięcie i uciekłam z miejsca zdarzenia. Jego wołanie nie dochodziło do mojej podświadomości.
Mama jest na mnie zła za to co zrobiłam. Nie byłam silna, a obiecałam.

-----------------------------------
Pa dum tssss! Oto przed wami kolejna część naszego przewesołego opowiadania. Życie jest takie piękne, prawda? Ja i ten mój irytujący sarkazm... Po prostu nie zwracajcie na mnie większej uwagi. Jeśli to czytasz to wpisz w środku zdania: ciam cia ram ciam. Ej, bo to trochę przykre. Pod prologiem 3 komentarze, pod rozdziałem pierwszym 2, po LA 1, a pod dwójką nic. Weźcie komentujcie. Bo tak trochę mi smutaśnie :c. Tak po za tym to miłego czegoś tam. Do napisania, miśki!
Kamila (Zarozumialec)
*
Nowy rozdział! Od pewnego momentu pisałam ja, więc pewnie ta część jest gorsza, ale mimo wszystko całość mi się podoba. Pozdrawiam Was mocno i siedzę całą noc na twitterze (#PolishDirectionersHaveBrokenHearts)

poniedziałek, 9 września 2013

Rozdział 2

Edytuj post 1 komentarz
Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze.
Moje i tak zbyt duże, brązowe oczy zdawały się teraz być jeszcze większe przez ogromne cienie pod nimi.
Były zapewne wynikiem nieprzespanej nocy, albo kilkugodzinnego płaczu do poduszki.
Przy tacie i Elizabeth starałam się nie okazywać emocji, ale gdy tylko położyłam się do łóżka, moja dotychczasowa tama pękła.
Teraz przyrezkłam sobie, że już nie będę płakać. Zbieram siły.
Umyłam zęby. Włosy rozczesałam i próbowałam je trochę wyprostować, ale chyba mogłam już się domyśleć, że nic z tego nie wyjdzie. Zrezygnowałam z dalszych prób ''wyprasowania'' włosów i odpuściłam sobie dalsze zabiegi kosmetyczne.
Ubrałam się szybko w luźne ubrania, wzięłam torbę na ramie, wrzuciłam do niej kilka długopisów, notatnik.
-Lena! Śniadanie! -usłyszałam z dołu głos Elizabeth.
Jej ton był zbyt przesłodzony, starała się mnie udobruchać.
-Już idę! -krzyknęłam w języku polskim wiedząc, że kobieta nic z tego nie zrozumie.
To jedyny sposób by zdenerwować macochę.
Uśmiechnęłam się sama do siebie po czym znów przybrałam kamienną maskę i zbiegłam na dół.
Przy stole siedziała już moja ''kochana'' siotrzyczka i Pan-Jestem-Idealny-Colin. Nie zaszczycając ich nawet spojrzeniem siadłam na prawo od blondyna, a ten zaczął się do mnie uśmiechać. Schowaj te zęby, bo ci je wybije chłopczyku.
Elizabeth krzątała się w kuchni.
-Nie zapominaj się, kochana. Musisz już przyzwyczajać się do obcego języka. Polski nie jest już ci potrzebny - powiedziała nawet nie zaszczycając mnie spojrzeniem. Dalej odprawaiała swoje czary przy kuchence. No, ale co sie dziwić - to przecież wiedźma.
Położyłam torbę koło wejścia i usadowiłam się przy stole. Kuchnia wiedźmy przypominała te z magazynów.
Białe, podłużne szafki, nowoczesny, szklany stół... Żaden z mebli nie przypominał chociaż w połowie tych w domu mojej babci. Wnętrza w TYM domu były po prostu zimne, brak tu miłości. Mamie by się nie spodobały.
Elizabeth skończyła smażyć jajecznice i podeszła do stołu z patelnią w ręce.
Przełożyła posiłek na jeden duży talerz i już miała znów wrócić do kuchenki, gdy spojrzała na mnie wielkimi oczyma.
-Ty zamierzasz tak iść do szkoły? -zapytała.
Spojrzałam na swoje ubranie. Nie widziałam w nim nic niestosownego. Czarne rurki, bordowy kardigan i ciemna koszulka w prążki.
-Tak...? -zapytałam/opowiedziałam zdezorientowana.
Kobieta pokręciła głową i wyszła z kuchni.
Nim zdążyłam zorientować się o co chodzi, wróciła z małym pakunkiem w swoich szczupłych dłoniach.
-TO jest twój strój do szkoły -położyła nacisk na pierwsze słowo prezentując luźny, bordowy sweter.
Przekrzywiłam głowę i uważnie mu się przyjrzałam.
Poza swoim ohydnym kolorem nic mnie od niego nie odrzucało. Rękawy wydawały się być dość luźne, a dekolt... którego tak na prawdę nie było, wycięciem przypominał ser.
Był do zniesienia. Nie chciałam przysparzać więcej problemów, więc z lekkim westchnieniem wzięłam ubranie od macochy i poszłam do łazienki się przebrać.
Wspominałam może, że większość ich ścian w toalecie jest pokryta lustrami?
Za każdym razem muszę oglądać swoje okropne ciało, to też staram się zawsze patrzeć w podłogę.
Nienawidzę go. Na nim zostały największe ślady po stracie matki. To na nim widniały szramy. Te blade, lekko różowawe, świeże. Głębokie i płytkie, wszystkie skażone cierpieniem. Siniaki mieniące się różnymi kolorami i kształtami. Jestem wychudzona i przemęczona. Nie chcę na siebie patrzeć.
Tym jednak razem, po ubraniu mundurka spojrzałam na przeciwległą ścianę.
Sweter wydawał być się za duży o przynajmniej rozmiar.
Przekręciłam możliwie jak najbardziej w tył swoją szyję i sięgnęłam ręką do materiału na plecach w poszukiwaniu metki. Chwyciłam w palce szeleszczący kawałek papierka i przyjrzałam mu się w lustrze.
Wielkim drukiem było napisane wyraźne 'S'.
Skrzywiłam się i puściłam metkę.
Podwinęłam rękawy by nie wyglądały aż tak marnie i wyszłam z łazienki.

Poprawiłam lekką torbę na moim ramieniu i pchnęłam drzwi budynku zwanego szkołą.
Zimne, zgniło-zielone ściany obwieszone były z każdej strony jeszcze mniej przyjemnymi, siwymi szafkami.
Rozejrzałam się dookoła. Wszystkie nastoletnie sylwetki przemieszczały się w zabójczym tępie w nieznanych mi kierunkach. Nikt nawet nie zauważył ''nowej''.
Mój wzrok zauważył drzwi sekretariatu na lewej ścianie korytarza - jedynej wolnej od blaszanych szafek.
Weszłam do pomieszczenia. Ku mojemu zaskoczeniu, było tam o wiele przyjemniej niż w reszcie szkoły.
Przy machoniowym biurku siedziała pulchna brunetka obcięta na pazia. Jej okulary zdawały się być zawieszone na haczykowatym nosie. Cicho odchrząknęłam by jej wzrok zauważył moją obecność.
-Dzień Dobry. - przywitałam się od razu przechodząc do rzeczy i podałam jej moje dokumenty.
Brunetka wzięła karty ode mnie i sprawdziła jakieś dane.
-Lana Roztocka? -zapytała zsuwając z nosa okulary.
Kiwnęłam głową nie zwracając uwagi na to, że źle wymówiła moje imię.
Kobieta lekko zdezorientowana sięgnęła po moje zdjęcie legitymacyjne przyczepione metalowym spinaczem do akt.
Uważnie porównała mnie i dziewczynę na kawałku kartki.
Różniłyśmy się i jestem pewna, że to zauważyła.
Miałam znacznie dłuższe włosy, byłam diametralnie bledsza i najważniejsze - nie eksponowałam białych zębów.
No i byłam teraz znacznie szczuplejsza, choć wciąż niewystarczająco. Moje kości policzkowe chciały przebić się przez skórę policzków, obojczyki zbytnio wystawały, a bransoletki na rękach zsuwały się mimo, że były zapięte najciaśniej jak tylko pozwalał srebrny łańcuszek. Tylko oczy pomimo, że teraz zrobiły się bardziej wyłupiaste, identyfikowały mnie z tą roześmianą dziewczyną z fotografii. Pozostały tak samo brązowe jak kiedyś.
Zdjęcie zostało zrobione przed śmiercią mamy.
Sekretarka popatrzyła na mnie z bladym uśmiechem i oddała papiery dokładając do nich plan lekcji i kod do przygotowanej dla mnie szafki na książki.
Idąc w stronę swojej szafki, starałam się zignorować ciekawskie spojrzenia nastolatków. Grubsze dziewczyny patrzące na mnie z zazdrością. Te z idealną figurą wpatrzone we mnie potępiającym wzrokiem. I te identyczne, lub jeszcze szczuplejsze darzące mnie rozumiejącym uśmiechem. Chłopcy odprowadzający mnie pożądającym wzrokiem, lub rzucający mi ukradkowe spojrzenia. Na szczęście znaleźli się też ci, którzy nie wyrazili większego zainteresowania moją osobą.
Moja szafka znajdowała się w niezbyt przyjemnym otoczeniu. Można powiedzieć, że trafiłam na ''ciemną stronę'' szkoły. Tutaj większość dzieciaków była starsza ode mnie. Spora część miała tatuaże i wyglądali jakby mieli spore problemy z wyjściem z ostatniej klasy. Tylko wyjątki przejmowały się przepisami i nosiły te swetry. Reszta tej części szkoły raczej nie była przekonana do pomysłu dyrekcji. Dziewczyny miały na sobie mało zasłaniające sukienki, a chłopcy mieli sporo piercingu i tylko czarne ciuchy. Wszyscy patrzyli się tu na mnie ze śmiechem w oczach. Byłam lekko przerażona.
Starałam się nie zwracać na siebie większej uwagi i szybkimi, cichymi krokami przemierzałam korytarz w poszukiwaniu swojej szafki. Numerki migały mi przed oczami, a ja mrużyłam powieki, starając się wyostrzyć wzrok. Wreszcie znalazłam swoją liczbę i podeszłam do szafki. Na moje nieszczęście obok niej stała jakaś grupka nastolatków. Wyraźnie byli ode mnie starsi i raczej nie darzyli sympatią ludzi mojego pokroju. Udając, że mnie nie ma otworzyłam szafkę i wyjęłam potrzebne książki chowając je do torby. Zamknęłam blaszany prostopadłościan i już mialam ruszyć wzdłuż korytarza, zmierzając na geografię, kiedy ktoś mocno pociągnął mnie za rękę. Powoli okręciłam się na pięcie i spojrzałam w oczy mojego powodu zatrzymania.
-Gdzie się tak śpieszysz? - spytał mnie chłopak.
Jego brązowe włosy były w czystym nieładzie, a szare tęczówki przeszywały moje całe ciało. Miał na sobie obcisłe, czarne rurki i granatowy, prosty t-shirt opinający jego umięśniony tors. Klatka piersiowa miarowo podnosiła się i opadała. Jabłko Adama było dobrze widoczne, kiedy przełykał ślinę. Przedramiona były pokryte tatuażami w różnych kolorach. Jego szczupłe palce ciasno oplatały mój wąski nadgarstek.
-Nie twoja sprawa. - wydusiłam przez zęby, usilnie podtrzymując kontakt wzrokowy.
-Po co te nerwy? - szatyn zaśmiał się irytująco - chcę tylko poznać moją nową sąsiadkę. Masz szafkę obok mnie. - powiedział drażniącym tonem.
Nagle pociągnął mnie w swoją stronę, w skutek czego wylądowałam na jego silnym torsie. Nerwowo przełknęłam ślinę i przygryzłam wargę, zastanawiając się jak wybrnąć z tej sytuacji. Oby nauki mojej babci, że prostota jest najlepsza, miały pokrycie w rzeczywistości.
-Pieprz się. - syknęłam w jego stronę i z impetem podniosłam kolano.
Tak jak planowałam moja noga wylądowała na jego kroczu, a on momentalnie się zgiął w pół, robiąc trzy kroki do tyłu. Korzystając z wolności, puściłam się biegiem do klasy od geografii.
-Tylko z tobą, skarbie! - usłyszałam jeszcze jego głos, kiedy wchodziłam już w zakręt.
Na każdej kolejnej lekcji siedziałam sama i starannie wypisywałam notatki. Chciałam czymś zająć myśli, a wszystko było lepsze od  rozmyślania nad moim okropnym życiem. Z braku lepszego tematu, wybrałam naukę. Nikt do mnie nie podszedł, a ja sama jestem zbyt mało towarzyska, żeby kogoś poznać.
Wracając do domu zobaczyłam przy bramce tego kolesia, który rano mnie zatrzymał, więc postanowiłam zrobić sobie dłuższy spacer i wyszłam druga stroną szkoły.
Wchodząc do ''domu'' uderzył we mnie zapach jakiegoś mięsa zmieszany z lukrem i tym obrzydliwym odświeżaczem. Hamując odruch wymiotny wbiegłam do góry, po drodze trącając ramieniem tatę. Zamknęłam drzwi od mojego pokoju na zamek i rzuciłam się na łóżko, głośno krzycząc w poduszkę. Rzucałam się tak po łóżku, wyżywając się na materacu, kiedy ktoś zaczął walić w drzwi. Klnąc cicho pod nosem otworzyłam z rozmachem drzwi, natrafiając za nimi na Colina.
-Obiad już gotowy. - poinformował mnie, patrząc przenikliwymi tęczówkami na moją twarz.
Przymknęłam powieki, próbując opanować emocje i głośno westchnęłam.
-Przebiorę bluzkę i zejdę. - powiedziałam, siląc się na miły ton.
-Wszystko w porządku? - zapytał nieufnie, mierząc mnie szarymi oczami.
-Nigdy nie było lepiej. - wysyczałam i zamknęłam mu drzwi przed nosem. Szkoda, że przy okazji go nie złamałam.
Usiadłam przy stole, a pod mój nos podstawiono talerz z mięsem w sosie, ziemniakami i bliżej nieokreślonego pochodzenia sałatką.
Patrzyłam na jedzenie jakby było moim najgorszym wrogiem, podczas gdy wszyscy zabrali się za konsumpcję. Nie chcę jeść. Wypuściłam drżącymi ustami gorące powietrze i chwyciłam za sztuczce. W najlepszym wypadku to wszystko potem zwymiotuję. 
-Jutro prawdopodobnie moja wytwórnia podpisze najkorzystniejszy kontrakt w całej historii. - zaczął mój ojciec.
-To rewelacyjnie! - wykrzyknęła blond wiedźma.
-Genialnie! - zawołał Colin.
-To wspaniale tatusiu! - wypiszczał różowy potwór.
-To... - zająknęłam się - na prawdę bardzo się cieszymy... - udało mi się wypowiedzieć te słowa w miarę entuzjastycznym tonem.
-A z kim? - spytała Elizabeth.
-To niespodzianka. - powiedział tata i na tym koniec rozmowy. 

----------------------------------------------------------------

Po raz pierwszy zwracam się do Was osobiście! Chciałam podziękować za te miłe komentarze pod prologiem. Trochę się pomęczyłam! I dziękuje też za komentarze pod rozdziałem I i tym, pomimo, że większość napisanych tu rzeczy pochodzi od icantbreathicantsmile. Ta dziewczyna na prawdę ma talent i cieszę się, że trafiłam przez przypadek na jej bloga. Sprawiło mi to wiele przyjemności. Jeśli przeczytałaś tą notatkę napisz w komentarzy, gdzieś w środku zdania: kwiatuszki. Na moim drugim blogu mam zwyczaj zadawania pytań, więc tutaj od czasu do czasu też mogę zadać:
  • Czy szafkowy sąsiad mocno namiesza w życiu Leny?
Jeszcze raz bardzo za wszystko dziękuję i życzę dobrego dnia/wieczoru/nocy. Do napisania, miśki!

Kamila (Zarozumialec .!).
Credits crazykira-resources | LeMex ShedYourSkin | ferretmalfoy masterjinn | colourlovers FallingIntoCreation