niedziela, 23 marca 2014
Rozdział 13
-Wyspałaś się trochę?-zapytałam ostrożnie siadając w nogach łóżka okrytego kołdrą (pomińmy, błagam, fakt iż na pościeli znajdowały się twarze chłopaków z One Direction).
Dziewczynka spojrzała na mnie podejrzliwie. Jej podwójny podbródek zamienił się w małą fałdkę, gdy przyglądała się mojej twarzy. Nie wiem czego się doszukiwała.
-Przysłali cię tutaj? -szepnęła.
Rozejrzałam się po pokoju.
-Kto? -zapytałam zdezorientowana.
Maddie zmrużyła oczy.
Po chwili zdałam sobie sprawę, że zasnęła.
Pochyliłam się nad jej łóżkiem i pocałowałam jej chłodne czoło.
Nieznacznie zmieniła swoją pozycję, ale nie obudziła się. Wychodząc z jej pokoju zamknęłam ostrożnie drzwi.
Na palcach przeszłam wąskim korytarzem, który Elizabeth ozdobiła zdjęciami ze swojej młodości.
Mała El na nartach, mała El nad morzem,... o, była też na Majorce z rodzicami. Pięknie błękitna woda.
Bardzo udane dzieciństwo, bardzo.
Dlaczego los nie jest sprawiedliwy? Dlaczego ona ma te wszystkie szczęśliwe wspomnienia, a moje dzieciństwo składało się tylko z pożegnań: najpierw tata, potem mama, babcia. Czemu ona ma tyle zdjęć z przyjaciółkami, kiedy ja nie mam ani jednej koleżanki? Dlaczego jej rodzice zabierali ją wszędzie, podczas gdy moi stopniowo mnie opuszczali? Dlaczego ona miała złocistą, opaloną skórę, a moja jest blada, sucha i poraniona? Dlaczego jej uśmiech nie jest fałszywy? Odpowiedź jest prosta: ją ktoś kocha, ona radzi sobie z problemami, nie ma depresyjnego charakteru. Ona nie jest mną.
Dziwi mnie tylko to, że wychowano ją na taką wypraną z uczuć istotę, która musi otaczać się tymi pamiątkami, aby nie zapomnieć co to szczęście.
-Lena, możemy porozmawiać?-do moich uszu doszedł ten dźwięczny aczkolwiek chłodny głos.
Wróciłam się pięć kroków i zajrzałam za białą framugę.
Tata siedział za dębowym biurkiem. Obracał nerwowo telefon w dłoniach.
Elizabeth stała przy oknie. Jej palce zostawiały ślady na szybie.
Całe pomieszczenie było jakby martwe. Nawet zapach był... niewłaściwy?
Jakby ktoś trzymał tu coś zdechłego, a później popsikał niechlujnie ściany pomieszczenia tanim odświeżaczem w sprayu.
W mojej głowie pojawiła się puszka z ogromną nalepką "Zapach: Idealna Rodzina. Przechowywać z dala małych dzieci i zwierząt domowych. Łatwopalna substancja".
Przybiłam sobie w myślach piątkę.
-Może usiądziesz? -zapytała oficjalnie Elizabeth. W jej oczach dostrzegłam coś, czego chyba nikt nigdy u niej nie miał okazji widzieć - smutek, rozpacz.
-Postoję- mruknęłam.
Macocha oparła się o parapet dłońmi i spojrzała na swojego męża.
-Lena, kochanie wiesz jaka jest sytuacja. Maddie dopiero wróciła ze szpitala. Potrzebuje spokoju, więc ja i Elizabeth pomyśleliśmy, że mogłabyś pomieszkać u koleżanki przez jakiś czas. Colin już godzinę temu spakował się i wprowadził do kolegi na Hackney.
Przecież tam jest niebezpiecznie-pomyślałam. Spojrzałam w oczy taty tak samo brązowe jak i moje.
-Proszę-powiedział błagalnym tonem po polsku.
Elizabeth kaszlnęła sztucznie. Nienawidziła, gdy tata mówił po polsku.
-Oczywiście, Madeliene potrzebuje spokoju. Wezmę trochę rzeczy i już mnie nie ma -powiedziałam wychodząc z pokoju.
Przeszłam parę kroków, ale zatrzymał mnie krzyk:
-Masz do kogo iść? -zapytał tata.
Uśmiechnęłam się pod nosem i kopnęłam jedną z donic na korytarzu. Kilka grudek ziemi wysypało się na jasną wykładzinę. Proszę, macocho.
-Pewnie, nie martwcie się-skłamałam.
Rozdrobniłam butem ziemię i wtarłam ją mocniej w wykładzinę, aby pozbycie się jej zabrało trochę czasu.
Później szybko pobiegłam do mojego pokoju i zgarnęłam jak szło rzeczy do torby podróżnej. Kiedy wydawało mi się, że jest w niej już wszystko czego potrzebowałabym przez kilka dni wyszłam z domu biorąc pod pachę kilka par wygodnych butów i jedną kurtkę. Nie żegnałam się z nikim. Nawet z Maddie.
Miałam ochotę płakać.
Oczywiście tego nie zrobię, powstrzymuję się.
Przystanęłam przy bramkach na metrze. Wyjęłam portfel i zaczęłam szukać mojej karty. Koszt przejazdu metrem był o wiele mniejszy z tym kawałkiem plastiku niż gdybym miała kupować bilet na miejscu.
Wyglądało niestety na to, że dzisiaj nie uda mi się zaoszczędzić paru funtów -zostawiłam kartę w domu.
Nie kupię też biletu za pieniądze. Chyba, że ktoś sprzeda mi go za 1,50£, ponieważ tyle aktualnie udało mi się wygrzebać z rowków między przedziałkami portfela.
Cholera jasna, Lena, ty to masz mózg.
Pokonana usiadłam na ławce. Kopnęłam swoją torbę. Z bocznej kieszeni wyleciał mi telefon. Wzięłam go do ręki i wybrałam numer.
Tylko dwa sygnały i już odebrał.
-Halo -powiedział znany mi głos. W tle słychać było głośną muzykę i okrzyki pijanych nastolatków.
-Colin? -spytałam dla całkowitej pewności.
-O, hej siostrzyczko. Ciebie też wyrzucili?-brzmiało to jak pytanie retoryczne.
-Gdzie jesteś? -zapytałam.
W ciągu pół minuty nikt się nie odezwał po drugiej stronie słuchawki, ale dało się zauważyć, że muzyka trochę ucichła.
-Jestem u mojego kolegi -powiedział starając się przekrzyczeć wciąż nieznośny hałas.
-Jasne, pa -powiedziałam lekko zawiedziona. Miałam nadzieję, że po mnie przyjedzie. Nie mam przecież nikogo do kogo mogłabym pójść.
Znów zostałam sama. Kolejny raz kiedy ktoś mnie zawodzi.
Ale czy mogę mieć pretensje do Colina? Czy mogę tak po prostu obwiniać go za to, że jest lubiany, że ma kolegów, że potrafi się do kogoś odezwać? Czy jego winą jest to, że nie radzę sobie z relacjami międzyludzkimi? Dlaczego miałabym go oskarżać o to, że nikt nie potrafi do mnie dotrzeć, a raczej to ja nie dopuszczam do siebie nikogo?
Mamo, błagam cię, zrób coś -pomyślałam i spojrzałam w górę. Wyobraziłam sobie, że siedzi na niebie i kiwa głową. Jej oczy są o wiele jaśniejsze od nieba. Trochę jak woda ze zdjęcia w korytarzu Elizabeth przedstawiającego ją i jej rodziców na wakacjach.
Do niedawna myślałam, że tylko Ona miała tak niesamowicie piękne oczy. Przekonałam się kilka tygodni temu, że myliłam się.
-Co tu robisz sama o tej porze? -powiedział znajomy głos.
Podszedł bliżej i upewniłam się w swoim przekonaniu. Stał przede mną średniego wzrostu blondyn, członek sławnego zespołu.
-O to samo mogę ciebie zapytać. Skąd się tutaj wziąłeś?- powiedziałam po otrząsnięciu się z szoku.
Za wszelką cenę starałam się uniknąć jego wzroku. Niebieskie tęczówki nie dawały mi spokoju.
-Odprowadzałem chłopaków z zespołu. -powiedział powoli.
Pokiwałam głową. Jutro poniedziałek, więc imprezy kończyły się wcześniej. Rano trzeba wstać do pracy lub szkoły.
Spojrzał na mnie wyczekująco.
Zorientowałam się, że wypada coś powiedzieć.
-Muszę na parę dni wyprowadzić się z domu. -westchnęłam.
- I zamierzasz zamieszkać na stacji metra? -zadrwił.
Skrzywiłam się. Przecież tu jest brudno. Chyba zgłupiał.
-Jeszcze nie wiem, ale na pewno nie zostanę tutaj. -zapewniłam.
Zmarszczył czoło i wyciągnął dłoń w moją stronę.
-No, chodź. -popędził.
Uniosłam brwi w geście niewiedzy.
-Nie zostawię cię tutaj. Poza tym mam wolny pokój -wytłumaczył.
-Niall, ja cię nie znam. -powiedziałam cicho.
Westchnął.
-Nazywam się Niall Horan, pochodzę z Irlandii. Urodziny obchodzę 13 września, pasuje? -uśmiechnął się.
Odwzajemniłam gest. Zaufałam mu, mimo, że powiedział mniej niż mogłabym przeczytać o nim na Wikipedii.
Chwyciłam wciąż wyciągniętą w moim kierunku dłoń i podniosłam się z ławki.
Zabrał moją torbę i przewiesił ją sobie przez ramię.
Czyżby mama mnie usłyszała? To ona go do mnie przysłała?
-Dziękuję -powiedziałam by oboje usłyszeli.
I mama i Niall.
_______________________________
Dominika (icantbreatheicantsmile):
Jak wam życie mija, Kochani? :D
Mam nadzieję, że macie trochę więcej czasu niż ja i Kamila.
Teraz rezygnuję z nauki trenu VIII J. K., aby pisać ten króciutki rozdział. Za tydzień odpuszczę sobie naukę na sprawdzian z geografii. Przez najbliższy okres czasu posty będą pojawiać się regularniej i częściej :) Buziaki!
Kamila (Pointles)
Moi najdrożsi!
Jejku, czuję się jakbym właśnie odwalała jakieś przemówienie na ślubie, czy coś.
Ja jestem trochę bardziej ambitna (bez obrazy) niż koleżanka wyżej i twardo uczę się Trenu VII Jana Kochanowskiego (serio, u mnie wszyscy w klasie wzięli ósmy, why?). Oraz kuję do sprawdzianów, więc prawie całość tutaj co jest napisane należy do Dominiki (leniwa ja).
Tak więc powinniśmy czcić ją tutaj jak Boga, ale serio - nie chcę żeby bolały mnie kolana - so... Dziękujemy Ci Dominiko.
Wracając do: ''Moi najdrożsi!''
Jak wam mija życie?
Podobał wam się ten rozdział?
I wasze prośby w komentarzach pod tytułem: Mój Boże, chce więcej, Next! Next! Next!, zostały wysłuchane.
niedziela, 16 marca 2014
Rozdział 12
Złote promienie słońca przedarły się przez moje powieki, zmuszając moje ciało do obudzenia się.
Oczywiście nie muszę dodawać, że ani ja, ani moje ciało nie mieliśmy najmniejszej ochoty wstawać.
Najchętniej leżałabym do jutra... Nie, zmieniam zdanie - do końca mojego życia, które mam nadzieje nie potrwa już długo.
Powoli uprzytomniłam się, a zdarzenia wczorajszego dnia do końca mnie rozbudziły.
Maddie, nie!-krzyczałam w duchu. To wszystko moja wina. Moja i tylko moja. To ja powiedziałam jej te wszystkie bzdury, to przeze mnie wylądowała w szpitalu.
Szpital. Muszę do niej jechać.
W tym samym momencie uświadomiłam sobie jeszcze jedną istotną rzecz. Mianowicie to, że praktycznie obcy mi chłopak imieniem Niall (czy muszę wspominać, że nie jestem jedną z tych nastolatek, które szaleją za nim - członkiem najsławniejszego na świecie boysbandu?) przewiózł mnie do swojego domu i położył do łóżka.
Stawiłam czoła lękowi i otworzyłam jedno oko. Dobrze Lena, teraz czas na drugie -powiedziałam do siebie w myślach.
Ukazał mi się pokój, być może sypialnia. Kremowe ściany z białymi akcentami otaczały mnie z wszystkich czterech stron. Równie białe ramki zawieszone na tychże ścianach mieściły w sobie zdjęcia małego chłopca o jasnych włosach, niebieskich oczach i lekkiej posturze w towarzystwie kobiety i mężczyzny. Byli oni, jak się domyślam, jego rodzicami. Na innych zdjęciach ten sam chłopiec trzymał albo trzymał gitarę albo znów stał z jakimś członkiem swojej rodziny. Zwróciło moją uwagę, że na każdym z tych obrazków był uśmiechnięty od ucha do ucha, ukazując rząd nie do końca równych, ale za to jakich uroczych ząbków.
Moje oczy skierowały się na kilka stojaków w kącie pokoju, na których stały wszelkiego rodzaju gitary. Akustyczne, klasyczne, elektryczne,... Naliczyłam łącznie sześć instrumentów, każdy w idealnym stanie. Podejrzewam, że na żaden z nich mnie aktualnie nie stać. Jako miłośnik gitary, nie mogłam pozwolić na zmarnowanie okazji na dotknięcie takich pięknych instrumentów.
Bardzo delikatnie przejechałam opuszkami palców po zimnych strunach. Na całe szczęście dźwięki nie były na tyle głośne by ktokolwiek stojący kilka metrów dalej mógł je usłyszeć. Uśmiechnęłam się.
-Podobają ci się? -na dźwięk tego głosu o mały włos nie wpadłam na podziwiane wcześniej instrumenty.
Niall, ubrany w w siwy podkoszulek i zwykłe, niebieskie dżinsy, stał w drzwiach pokoju niecałe pięć metrów ode mnie. Niewiele różnił się od chłopca ze zdjęć w białych ramkach wiszących obok jego głowy. No, może miał prostsze zęby.
-Przepraszam, nie powinnam była ich dotykać, są twoją własnością. -wyjąkałam speszona.
Podszedł bliżej uprzednio sygnalizując swój zamiar wzrokiem.
Zręcznie chwycił gitarę, którą wcześniej oglądałam i podał mi ją.
-Trzymaj.-powiedział.
-Tak po prostu?-zapytałam zanim zdążyłam ugryźć się w język.
Dziwnie się na mnie spojrzał.
-Dlaczego nie?-wzruszył ramionami w zabawny sposób.
-Ja nie lubię gdy ktoś dotyka moich rzeczy. -wytłumaczyłam jakby go to interesowało.
Pod pretekstem dalszego oglądania instrumentu odwróciłam od niego wzrok.
W moich rękach gitara wydawała się jeszcze piękniejsza niż wcześniej, na stojaku.
Mimo to, wciąż byłam przekonana, że nie powinnam jej trzymać i wręczyłam ją jej właścicielowi.
Pokiwałam tylko głową, a Niall nic nie powiedział. Zrozumiał bez słów.
-Masz ochotę na naleśniki?- zapytał zmieniając zręcznie temat. A może nie tak do końca zręcznie?
Śniadanie=jedzenie.
-Jasne-kłamstwo wyszło mi nadzwyczaj dobrze.
Po zjedzeniu połowy naleśnika bez nadzienia trzymałam się mocno za brzuch. Zawsze odnosiłam wrażenie, że jeżeli nie będę tego robiła, żołądek rozrośnie się do gigantycznych rozmiarów i umrę na otyłość. Toteż ściskałam brzuch obiema rękami tak mocno, jak tylko potrafiłam.
-Wszystko dobrze? -zapytał Niall równocześnie prowadząc auto.
Nadal wydawał się lekko speszony po naszej wcześniejszej rozmowie odbytej w jego kuchni. Oczywistym było to, że chciałam dowiedzieć się jakim cudem trafiłam do niego. Mimo, że byłam szczerze wdzięczna za opiekę, nie przepadałam za podejmowaniem decyzji za moimi plecami.
On nie widział w tym nic nieodpowiedniego.
-Moja przyrodnia siostra trafiła do szpitala. Przeze mnie. Przepraszam, ale mogę wydać się nie miła. Odpowiadając na pytanie: nie, nic nie jest dobrze-wypuściłam z siebie słowa niczym karabin maszynowy naboje.
Na tym zakończyła się nasza krótka, aczkolwiek treściwa rozmowa.
Przejeżdżałam czubkiem mojej czarnej tenisówki po tworzywie jakim wyłożone były podłogi na szpitalnym korytarzu. Elizabeth i tata siedzieli w pokoju, w ktòrym leżała Maddie. Załatwiali jakieś formalności związane z wypisem dziewczynki. W duchu cieszyłam się, że jej stan pozwala na powrót do domu.
Tak, nikt się nie przesłyszał ani nie przewidział: cieszyłam się z powrotu różowego potworka.
Nie rozumiem co się stało, jakim cudem tak szybko zmieniłam nastawienie do całej tej idealnej rodzinki. Najpierw był Colin, a teraz Maddie. Czy do Elizabeth również uda mi się przekonać?
-Nie wydaje mi się-powiedziałam pod nosem odpowiadając na własne pytanie i ściskając mocniej jej torebkę. Kazała mi ją potrzymać nim weszła na salę z tatą.
Skurzana, ciemno brązowa ze złotawo-rdzawymi akcentami po bokach. Większa niż foliówka na pieczywo dawana za darmo w super marketach.
Pachniała nienagannie, ponieważ w środku wiedźma umieściła małe saszetki uwalniające zapach.
Miałam cichą nadzieję, że jakimś cudem pozostanie na torbie choć nutka szpitalnego odoru chorych ludzi.
Wymyśliłam nawet, jak można by nanieść ten smród. Najpierw musiałabym skoczyć na izbę przyjęć i pogrzebać w koszu z odpadkami medycznymi, co nawet w myślach budziło we mnie odruch wymiotny. No, ale w końcu czego się nie robi...
Nie dane było mi dokończyć mój inteligentny plan - białe drzwi uchyliły się nieznacznie.
-Hej Lena -powiedziała niska postać.
Na jej szpitalną piżamkę w pośpiechu nałożono cieńki płaszczyk, a na grube skarpetki odziano trampki za kostkę, które nie miały nawet zawiązanych sznurowadeł. Twarz okalały już lekko przetłuszczone, jasne włosy.
Nikt pewnie nie uwierzyłby mi, gdybym teraz powiedziała, że dziewczynka szeroko się uśmiechała w tym momencie, ale taka była rzeczywistość. Nie było na niej choćby cienia smutku czy żalu do mnie. Jedyne, co dostrzegłam to lekkie zmęczenie w postaci podkrążonych oczu.
-Cześć Maddie -mówiąc to, podbiegłam do niej i przytuliłam ją.
O dziwo, dziewczynka odwzajemniła uścisk.
-Cieszę się, że cię widzę -powiedziała nie odrywając się od mojej szyji.
-Ja też. A gdzie twoi rodzice? -zapytałam, gdy zorientowałam się, że tylko Maddie wyszła z sali.
Dziewczynka puściła mnie na tyle, by mogła obrócić się w stronę drzwi.
-Chyba lekarz chciał jeszcze z nimi porozmawiać -powiedziała i wruszyła ramionami.
Kiwnęłam tylko głową na znak, że rozumiem.
Usiadłyśmy na plastkowych krzesłach ustawionych wzdłuż korytarza, z których wcześniej nie korzystałam.
Po paru minutach poprosiłam by popilnowała torby Elizabeth, a sama poszłam do automatu po herbatę dla małej.
Wracjając z gorącym kubkiem w ręce poczułam jak w kieszeni spodnii wibruje mi telefon.
"Wszystko OK?" - wiadomość od Nialla.
To było miłe z jego strony. Wszystko co robił było miłe, więc kto by się dziwił.
Odpisałam grzecznie, że wszystko w porządku i wróciłam pod salę.
Maddie stała oparta o ścianę, a Elizabeth i tata stali ramię w ramię naprzeciw mnie.
Bez słowa podałam przyrodniej siostrze papierowy kubek z herbatą.
-Dziękuję -powiedziała ogrzewając sobie jednocześnie ręce.
Spojrzałam na tatę. Nie napotkałam jego wzroku -wpatrywał się w ścianę.
Macocha miała identyczny wyraz twarzy. Co jest grane?
-I jak, jedziemy do domu? -moje słowa wybudziły ich z transu. Oboje przytaknęli i wyszliśmy ze szpitala.
___________________________________
Dominika (icantbreatheicantsmile):
Cześć wszystkim! Nie mam pojęcia czy spodoba się Wam rozdział dwunasty, nie wiem czy mi samej się podoba. Tak jest za każdym razem "Och, tu mogłam coś dopisać! O Boże, to nie brzmi dobrze...". Same wiecie o czym mówię. Pozostawiamy, więc ocenę Wam - czytelnikom :) Buziaki! ;D
czwartek, 27 lutego 2014
Rozdział 11
Od momentu kiedy wsiadłam do auta żadne z nas nie odezwało się nawet słowem, a ja byłam zbyt speszona by to zmienić.
Jechaliśmy do Maddie. Szczerze mówiąc nie wiedziałam skąd mógł mieć adres właściwego szpitala, ale średnio mnie to obchodziło.
Zdałam sobie sprawę, że mało co mnie obchodzi, niczym i nikim się nie przejmuję.
-Dziękuję -powiedziałam cicho, tak, aby zabrzmiało to jak najbardziej szczerze. Chciałam by nie myślał o mnie jak o samolubnej, rozpieszczonej małolacie (którą w rzeczywistości pewnie byłam).
Nie tracąc panowania nad kierownicą spojrzał w moją stronę zaskoczony. Zmarszczył brwi, jakby zastanawiając się nad odpowiednim doborem słów. Otworzył usta i miał już zamiar coś powiedzieć, ale widocznie zrezygnował.
-Nie masz za co dziękować. -powiedział tylko. Jedno zdanie. Pięć słów. Żadnego zobowiązania.
I aż do końca podróży nikt się nie odezwał. Ja ''podziwiałam'' widoki za oknem, Niall - skupiał się na prowadzeniu auta.
Po jakichś dziesięciu minutach od tej neutralnej wymiany uprzejmości zauważyłam za szybą ogromny budynek pomalowany na jakieś dziwne odcienie beżu i brązu. Widziałam co najmniej kilkadziesiąt okien w staromodnych białych ramach i jedno wejście główne na parterze mogące pomieścić pięć osób. ''Szpital'' - informowała tablica. Jesteśmy na miejscu.
-Przepraszam panią, moja przyrodnia siostra Maddie Roztocki trafiła do tego szpitala, gdzie mogę ją znaleźć? -zapytałam pulchną, czarnoskórą pielęgniarkę.
Jej jasno siwy strój składający się z zapinanej bluzki i spódnicy do kolan był dokładnie wyprasowany, a włosy misternie ułożone z koka z tyłu głowy.
Czułam odór silnego lakieru do włosów, który miał za zadanie utrzymywać fryzurę w porządku.
Poprosiła bym przeliterowała dokładnie nazwisko i sprawdziła dane w komputerze.
-Tak, racja, mamy tu taką dziewczynkę... Niestety nie wolno mi udzielać żadnych konkretnych informacji -powiedziała, ale nie brzmiało to tak, jakby było jej z tego powodu przykro. Wręcz przeciwnie - można by odnieść wrażenie, że bycie wredną jędzą sprawia jej przyjemność.
Niall stojący za mną i przypatrujący się tej całej sytuacji podszedł teraz do biurka i lekko się nad nim pochylił. Mrugnął do mnie. W co on się bawi?
-Na prawdę nie da się nic zrobić? -zapytał tym swoim uroczym tonem.
Kobieta spojrzała na niego zza swoich teczek i zarumieniła się. Odłożyła papiery na bok biurka.
-Wydaje mi się,... wydaje, że mogę wam pomóc. -wydukała powoli i wróciła do swojego komputera.
Znalazła szybko właściwe dane. Numer sali i piętro spisała na małej, żółtej, samoprzylepnej karteczce. Wyciągnęła ją w stronę Nialla, ale zawahała się jakby przypominając sobie, że pierwotnie to ja byłam zainteresowana moją przyrodnią siostrą. Ostatecznie podała ją mi, ale jej wredna natura nakazała przesłać ohydne spojrzenie. Z chęcią powiedziałabym jej parę słów, ale ze względu na obecną sytuację i niewiadomy stan Maddie opanowałam się i szybkim krokiem ruszyłam do miejsca zapisanego na żółtym kawałku papieru.
Wcisnęłam metalowy, okrągły przycisk, który ma za zadanie ''przywoływać'' windę i postarałam się zapomnieć o bakteriach na nim pozostawionych.
Wsiedliśmy do windy, która nadjechała po kilkudziesięciu sekundach spędzonych w idealnej ciszy.
-Nie martw się, wszystko z nią dobrze. -powiedział blondyn. Jego niebieskie tęczówki napotkały mój lekko zdziwiony wzrok, ale nie wyglądał na skrępowanego.
-Mam nadzieję -odpowiedziałam. Cały czas starałam się być twarda i nie okazywać żadnych uczuć. Nie jestem słaba, nie rozpłaczę się -powtarzałam sobie w duchu. Zacisnęłam dłonie w pięści i pozostałam niewzruszona.
Winda wydała charakterystyczny dźwięk i drzwi otworzyły się na odpowiednim piętrze.
Nie chciałam tracić czasu i szybkim krokiem wyszłam na korytarz, rozejrzałam się.
Według żółtej karteczki Maddie była w sali numer 276.
Spojrzałam na tabliczkę nad drzwiami najbliżej mnie - 268.
Moje oczy rzucały się na każde mijane drzwi.
270...274...275... Jest! 276!
Nie zastanawiając się dłużej chwyciłam klamkę i wbiegłam do środka.
-Maddie! -krzyknęłam na widok grubawej dziewczynki położonej na metalowym łóżku przykryta biało-niebieską kołdrą. Jej oczy były zamknięte, ale klatka piersiowa powoli unosiła się i opadała.
Moja wina, to wszystko moja wina. Moja, moja, moja, nikogo innego. Powinnam jej nagadać bzdur o tym, że jest piękna taka jaka jest i że Bóg stwarza różnych ludzi i on najwyraźniej miała mieć taką figurę, ale nie... musiałam przecież wciągnąć ją w tą dietę. Myślałam, że przecież będzie jeść, tylko że trochę ograniczy. Że będzie ćwiczyć, ale nie będzie zamęczała się na śmierć. Zapomniałam, że to wciąga. Zapomniałam że gładko opiłowane szpony anoreksji wciągną ją głęboko w to całe gówno, zamykając ją w ciasnym pudełku własnych kompleksów. Zapomniałam, że można się w tym utopić, powoli schodząc na dno, a potem nie się już siły na odbicie od dna, na wynurzenie się. Samemu nie da się odbudować, a ja ją zostawiłam. Zostawiłam ją wtedy, kiedy powinnam być w każdej sekundzie, pilnując ją i dbając. Zawsze wszystko spieprzę.
Teraz kiedy siedzę na szpitalnym korytarzu, zwinięta w mały kłębek obok ściany i opieram głowę na własnych kolanach, nie jestem w stanie odróżnić moich myśli od rzeczywistości. Nie jestem pewna, czy siedzący obok Niall to obraz mojej wyobraźni, czy może rzeczywistość. Nie potrafię powiedzieć czy jego uspakajające słowa to omamy, czy prawdziwy świat. Ale kiedy przez załzawione oczy widzę tego chłopaka rozmawiającego z moim ojcem, który kiwa głową i mu dziękuje, a następnie ten blondyn bierze mnie na ręce i niesie w stronę drzwi wyjściowych mogę wam potwierdzić, że to tylko sen. Chyba, że się mylę.
Nie umiem protestować, kiedy czyjeś ciepłe ręce oplatają moje uda, gładko zawieszając je na czyiś biodrach. I nie umiem wydusić z siebie głosu, kiedy te ręce oplatają mnie w talii. I możliwe, że nie kontroluję siebie, kiedy mocniej wczepiam się w te ciało, obwieszając swoje ramiona na czyiś barkach. I pomimo to, że chcę, nie umiem protestować, że ktoś zabiera mnie co raz dalej od Maddie. I pewne jest, że ten zapach, oddech odbijający się od mojej szyi i rytm serca, który wyczuwam przyciskając nos do czyjejś szyi, uspakajają mnie. Próbuję rozpoznać ten głos, który mówi mi do ucha, że zaraz będę w domu i kiedy już prawie wiem, to wszystko wymyka się z mojej głowy, znów zostawiając pustkę, zapełnioną tylko: to moja wina. I dopiero wtedy, kiedy ten ktoś usadza mnie na przednim siedzeniu pasażera, zapinając mi pasy, mogę rozpoznać to wszystko. I może jest mi trochę zimno bez ciepła drugiej osoby obok, ale wiem, że ten ktoś jest na wyciągnięcie ręki. Przecież słyszę jego ciche podśpiewywanie. I może nie umiem powstrzymać drgawek od ciągłego szlochu, ale mój rytm serca jest spokojniejszy, kiedy czuję jego zapach. I przecież wiem, że tam gdzie mnie teraz niesie to wcale nie mój pokój, to miejsce to nawet nie mój dom, ale nie boję się, czuję się bezpieczna i mu ufam. Więc kiedy on kładzie mnie na łóżku i przykrywa kołdrą, nucąc jakieś kołysanki ze swojego dzieciństwa, mruczę:
-Dziękuję, że tu jesteś Niall.
I śpię.
_________________________
Nawet nie wiem, kiedy ostatnio był rozdział.
Cieszę się, że nie było chyba wcale żadnego komentarza z tekstem: dodawajcie częściej.
Mam ochotę odwalić szalony taniec radości, ale mam gorączkę, boli mnie głowa itp. i nie jestem w stanie.
Pozdrawiam, Kamila.
Jaki duży szok przeżyliście, że w tej notce nie ma żadnego marudzenia?
Cześć Kochani! Zostawiamy Waszej ocenie ten rozdział i mamy nadzieję,
że nie znienawidzicie Nas za tak duże odstępy w publikacji rozdziałów.
Buziaki, Dominika.
niedziela, 26 stycznia 2014
Rozdział 10
-Cześć, piękna. - przywitał mnie i wszedł do środka, korzystając z tego, że bardziej uchyliłam drzwi.
-Hej. - odpowiedziałam krótko.
Chwyciłam za kurtkę i na prawdę zdziwiłam się, kiedy Ben odebrał ją ode mnie i pomógł nałożyć. Potem szybko naciągnęłam na stopy buty i już byliśmy na zewnątrz. Chłopak otworzył mi drzwi czarnego, dużego auta i zamknął je za mną.
-Mógłbyś mi... Ymm... Więc. Gdzie mnie zabierasz? - spytałam bardzo, bardzo przestraszona, że jakiekolwiek źle wypowiedziane słowo, zmusi go do zrobienia mi czegoś.
-Myślałem o kinie, ale to takie przereklamowane. A moja kuzynka ma cukiernie. Więc pomyślałem, że możemy zrobić tam razem babeczki. Jeśli chcesz, oczywiście.- odpowiedział, a ja odetchnęłam z ulgą.
-Tak, chętnie coś upiekę. - wcale nie miałam ochoty.
I wtedy to do mnie dotarło. Zostanę sama, samiusieńka z Benem w cukierni, gdzie nikt nie usłyszy moich krzyków. Zabijcie mnie, błagam.
Ben zaparkował przed dość dużą cukiernią, gdzie uwielbiała chodzić Madie. Martwiłam się trochę o nią. Oczywiście miała przejść na dietę, ale w planach nie było anoreksji. Ostatnio prawie nic nie jadła, a powinna coś jeść. W końcu dopiero wchodzi w okres dojrzewania i nie może przejść na całkowitą głodówkę, Miała ograniczyć jedzenie, a nie je odrzucić. Myślę, że...
Moje przemyślenia przerwał Ben, który otworzył przede mną drzwi i wyciągnął swoją rękę ku mnie, aby pomóc mi wysiąść. Niezależnie jak bardzo nie chciałam go dotknąć, przyjęłam jego pomoc, ponieważ praktycznie nie posiadam koordynacji ruchowej. Chłopak zamknął drzwi samochodu i poprowadził mnie do pomieszczenia, wciąż trzymając moją dłoń. Pozwoliłam mu na to, bojąc się jego reakcji na mój sprzeciw.
*jakiś czas potem*
Z związku z tym, że babeczki spaliły się na wiór, postanowiliśmy pójść do jakiejś kawiarni (raczej Ben postanowił, a ja nie potrafiłam mu się sprzeciwić). Zamówiłam tam zieloną herbatę, a on cafe creme. Chłopak na prawdę się stara być miłym i nawet powoli przestaję się go bać. Wydaje mi się, że on tylko w szkole zachowuje się tak ''niegrzecznie'', choć w rzeczywistości jest miłym, uprzejmym, na prawdę okej kolesiem. Wszyscy mamy maski.
Nagle poczułam wibrację w kieszeni moich spodni. Tak, tak - ubrałam na randkę spodnie. Tyle, że nie jest to prawdziwa randka, więc któż by się tym przejmował?
Zostawiłam Bena samego przy stoliku zachowując się przy tym bardziej nieuprzejmie niż w rzeczywistości na to zasługiwał.
Wyjęłam telefon z kieszeni i przycisnęłam kciukiem zieloną słuchawkę na ekranie nie spoglądając nawet na wyświetlacz w celu ustalenia mojego rozmówcy.
-Hal...-nie dokończyłam, bo przerwał mi zapłakany głos Elizabeth.
-Lena?! Boże, Lena dobrze, że odebrałaś! Przyjedź szybko do szpitala w centrum. -w tym momencie głos macochy urwał się, a szloch zamienił się w wrzask godny zabijanego łopatą kota.
-Spokojnie, przestań płakać i wytłumacz mi o co chodzi. -powiedziałam zachowując zimną krew.
-Bo ja i twój tata byliśmy u moich rodziców, w Cambridge i... i dostaliśmy telefon ze szpitala. Moja córeczka zasłabła w domu, znalazł ją Colin. Nie wiemy jak długo była nieprzytomna.
Emocje nie pozwoliły jej na dalszą rozmowę i zastąpił ją tata wykazując się przy tym stoickim spokojem. Opowiedział dokładniej w okolicznościach, w jakich zastał dziewczynkę jej przyrodni brat. Poprosił też, o jak najszybszy przyjazd do szpitala, pod wskazanym uprzednio adresem.
Niestety oni nie mieli szans na powrót do Londynu w ciągu najbliższych dwunastu godzin - silny wiatr zatrzymał ich na lotnisku wraz z wieloma innymi podróżnymi. Tata przez całą rozmowę pozostał niewzruszony, ale dobrze wiedziałam jak się martwi. Jakimś cudem pokochał tę idealną wiedźmę ze sterylnie czystym domem, więc chyba oczywiste, że traktuje jej dzieci jak swoje własne.
Poczułam lekkie ukucie zazdrości w sercu, które postarałam się zignorować, bo przecież sama zmartwiłam się stanem Madie. Nie tracąc czasu wróciłam z powrotem do stolika, do Bena.
-Przepraszam cię, ale muszę już iść. Moja ''siostra'' zemdlała w domu i tak na prawdę nie wiem nic więcej, więc jak najszybciej muszę jechać do szpitala, do którego ją przewieziono. -powiedziałam siląc się na pozornie rozczarowany ton głosu i westchnienie. Jestem prawie pewna, że się na to nie nabrał, ale mało mnie to obchodzi. Cieszę się tylko, że ta randka już się skończyła.
-Jasne, jedź. -powiedział lekceważącym tonem nie starając się nawet pojąć powagi sytuacji. -A może potrzebujesz podwózki?- powiedział już trochę żywiej z dziwnym błyskiem w oku.
Wstałam od stolika i przysunęłam się jak najdalej od niego a bliżej wyjścia.
-Yyyy, dzięki za propozycję, ale już jedzie po mnie przyrodni brat. Spokojnie wracaj do domu i nie zawracaj sobie mną głowy. -wybąkałam.
Chłopak lekko się zdenerwował co okazywał przygryzaniem policzka od środka. Poczerwieniał na twarzy, ale zacisną zęby i pogodził się z postawioną przed nim sytuacją. Pożegnał się i dzięki Bogu wyszedł nie nalegając ponownie bym jechała z nim.
Wyciągnęłam telefon, aby zadzwonić po Colina, ale zrezygnowałam z naciśnięcia jego numeru.
Najprawdopodobniej był teraz przy Madie w szpitalu. Głupia ja, przecież nie mogę pozwolić na zostawienie jej samej. Zrezygnowana oparłam głowę o ścianę i zaczęłam przeglądać numery w księdze kontaktów.
Mój palec zatrzymał się cyferkach składających się na numer komórki Nialla.
Minęła dobra chwila nim przypomniałam sobie o kogo chodzi i skąd mam ten numer.
Kiedy doszłam do siebie rozważyłam wszystkie opcje, które nawet w najmniejszym stopniu wchodziły w grę, ale niestety i ja i mój mózg widzieliśmy jedno wyjście. Z zażenowaniem, strachem i zrezygnowaniem jednocześnie pisałam krótkiego i treściwego sms'a do chłopaka. Odpowiedź przyszła znacznie szybciej niż się tego spodziewałam. ''Będę za 5 minut.'' - napisał tylko.
-------------------------------------
Kochani, wyobraźcie sobie, że powtarzam słowa Kamili, bo miałam zamiar powiedzieć coś w zupełności identycznego. Obie chodzimy do gimnazjum, uczymy się, przychodzimy do domu, a wtedy nie mamy zbyt wiele czasu na wszystkie obowiązki, a co dopiero mówić o zainteresowaniach! :\
Miło Nam, że czyta nas coraz to więcej osób, ale po prostu nie wyrabiamy się ze wszystkim w ciągu dwudziestu czterech godzin.
Powyższy rozdział cudem napisałam nim zaczął się drugi semestr. Kamila ma jeszcze mniej wolnego czasu i zastanawiam się jak ona jeszcze wyrabia... :) Miśki, możemy tylko ją podziwiać i zazdrościć.
Na pocieszenie włączcie jedną z moich ulubionych piosenek od niedawna, która pociesza również mnie... Długo by opowiadać o co mi chodzi, ale powiem tylko: jestem hipokrytką.
He is We - I wouldn't mind
Natasha Bedingfield - Soulmate
Amy Diamond - Another Day
Buziaki i pamiętajcie, żeby mieć zawsze nogi na ziemi, Dominika (icantbreatheicantsmile)
niedziela, 29 grudnia 2013
Rozdział 9
Hałas i wesołe pogawędki są czymś całkowicie naturalnym. Czuję ich wzrok. I to wcale nie jest żadna nowość. Odkąd rozpoczęłam ten etap życia, jestem przyzwyczajona do błądzenia cudzyć źrenic po moich wychudzonych, poranionyc udach, wystających żebrach i płaskim brzuchu.Jednak nigdy tego nie polubię. Więc szybko ściągam z siebie ciuchy i naciągam kolejne, a paznokcie boleśnie wbijają mi się w skórę, kiedy zaciskam z całych sił powieki.
W tej szkole kładą bardzo duży nacisk na sport, a sztuka zostaje w tyle. Niestety, nic nie daje nadziei na nagły zwrot akcji, jak w High School Musical, więc pokornie zaciskam zęby i zaczynam biegać wokoło stadionu na rozgrzewkę. Stanęłyśmy w szeregu. Trener czyta po kolei nazwiska, omijając mnie. Skończył i rozgląda się po klasie.
-Nie wyczytał mnie pan. - odzywam się niespodziewanie.
Wzrok wszystkich wędruje na moje ciało, rumienię się. Mężczyzna spogląda na mnie i marszczy nos.
-Nazwisko? - pyta patrząc z powrotem do swojego notesu.
-Roztocka. - mruczę cicho.
Wzrok nauczyciela szybko biegnie po kolejnych nazwiskach i zatrzymuje się w środku listy.
-Rzeczywiście. - potwierdza, a potem spogląda na mnie spod rzęs, które są nieprzyzwoicie długie jak dla faceta.
-To może panna Roztocka - z trudem wypowiada moje nazwisko - zaprezentuje nam prawidłowy serw górnym sposobem. Chodzi o siatkówkę oczywiście. - uśmiecha się szyderczo i rzuca do mnie piłkę.
Żółto - niebieska kula ląduje w moich dłoniach, więc powoli wychodzę na boisko i staję na końcu linii.Unoszę rękę do góry, piłka leci ku górze i nagle znajduje się na środku drugiej części boiska. Uśmiecham się, bo byłam prawie pewna, że nie doleci nawet do siatki. Nauczyciel burknął coś pod nosem i wszyscy zajęli się dalszymi ćwiczeniami.
-Lena, choć tu do mnie na moment! - zawołał mnie nauczyciel.
Wzięłam swoją piłkę w dłoń i spokojnym krokiem ruszyłam w stronę trenera.
-Dobrze ci idzie to odbicie, ale trochę źle układasz dłoń. Boję się, że w ten sposób wybijesz sobie zaraz nadgarstek. Spójrz na moją rękę. - powiedział i zabrał ode mnie piłkę.
Szybko podrzucił kulę i odbił ją, a ona wylądowała na drugim końcu boiska. Uważaj, bo na pewno coś zauważę w tym tempie. Jakaś ruda dziewczyna, której imienia nie zapamiętałam i pewnie nigdy nie zapamiętam, odrzuciła z powrotem piłkę, a trener podał mi ja i wesoło zachęcił, żebym to teraz powtórzyła. Spojrzałam na niego jak na kosmitę, bo jakim cudem mam to zrobić, skoro nie zdążyłam nawet zauważyć, jak podnosi dłoń. Mężczyzna zrozumiał chyba o co chodzi, więc zmarszczył nos.
-Pokażę ci. Podnieś rękę. - zażądał.
Uniosłam dłoń na wysokość skroni, a on zaczął ją układać. Złapał za mój nadgarstek i momentalnie zatrzymał działania, marszcząc brwi. Natrafił na cięcia.
Spanikowałam. Moje serce biło z prędkością światła, kiedy nauczyciel powoli odrywał palce od mojego nadgarstka i spoglądał w tamtą stronę. Zamarłam. Chciałam stamtąd uciekać, zniknąć, magicznie się uzdrowić, żeby trener oślepnął, cokolwiek. Jednak on uparcie nadal żył i spojrzał na moje rany. Zaklęłam cicho pod nosem, kiedy jego oczy rozszerzyły się i zaczęły wędrować od ran do mojej twarzy i tak przez dobre parę minut. Nagle otworzył usta, ale chwilę po tym z powrotem je zamknął, powtórzył to jeszcze kilka razy, aż w końcu przymknął powieki i nabrał dużo powietrza.
-Tak, więc... ymmm, myślę, że... tak, tak, wracajmy. - zaczął rzucać słowami.
W końcu jeszcze raz chwycił mój nadgarstek i ułożył dłoń.
-Cz-czujesz o co cho-chodzi? - zająknął się, przedłużając samogłoski.
-Tak, tak, myślę, że rozumiem. - odpowiedziałam.
Nauczyciel pokiwał głową, mrucząc coś o tym, że powinnam dać sobie radę i szybko odszedł ode mnie. Bo najłatwiej uciec, prawda? Wróciłam na koniec sali, odprowadzona przez wzrok wszystkich dziewczyn w sali i wróciłam do odbijania piłki.
Nie minęło jeszcze nawet pół dziesięciominutowej przerwy, a cała szkoła gadała o tym, że ''nowa się tnie i nauczyciel w-f o tym wie'', wszyscy znali już dokładny opis zdarzenia, a racz3ej jego podkoloryzowaną wersję. Bo przecież trener wcale nie rzucił się na kolana, prosząc, abym więcej tego nie robiła. Warknęłam z zażenowaniem, kiedy minęłam kolejną grupkę młodszych dzieciaków, gdzie jedna z dziewczyn wskazała na mnie palcem i nawet nie siląc się na przyciszony głos oznajmiła rówieśnikom: ''ej, to ta co wszyscy mówią, że trener się w niej zakochał i się tnie z tego powodu''. Ludzie naprawdę wierzą w takie bzdury?
Pospiesznie poszłam do swojej szafki i wcisnęłam tam ze złością wszystkie niepotrzebne rzeczy. Tylko to ignoruj Lena, tylko to ignoruj, to nic nie warte plotki, ignoruj to, ignoruj, ignoruj, ignoruj, igno...
-Jeśli chcesz skarbie, mogę uleczyć twoje biedne serduszko. - usłyszałam szept przy moim uchu i momentalnie przeszedł mnie dreszcz, kiedy poczułam jego obrzydliwy zapach.
-Spierdalaj. - warknęłam w odpowiedzi, nawet nie zaszczycając Bena spojrzeniem.
Natychmiast obrócił mnie plecami do metalowych szafek i przygwoździł do nich własnym ciałem. Nie chciałam patrzeć na niego, więc zamknęłam oczy, oraz wstrzymałam oddech, nie chcąc dopuścić do siebie jego zapachu.
-Posłuchaj mnie kotku. Powinno się być miłym dla ludzi, którzy są mili dla ciebie, jasne?! - wrzasnął i nie czekając na odpowiedź ciągnął dalej - Ja jestem miły dla ciebie, ty bądź miła dla mnie, inaczej to się przykro dla ciebie skończy.
-Czego ty ode mnie do cholery chcesz? - spytałam, rozzłoszczona całą tą dzisiejszą żenadą.
-Ciebie kotku. - mruknął w odpowiedzi, jeszcze bardziej napierając na moje ciało.
Odepchnęłam go od siebie z siłą, jakiej wcześniej nie znałam w swoich rękach. Cofnął się dwa kroki i lekko zachwiał, unosząc wysoko brwi.
-Umówię się z tobą. Ale jeśli mi się nie spodoba, to odwalisz się ode mnie, jasne? - zaproponowałam, zanim o ty pomyślałam.
Szatyn spojrzał na mnie ze zdziwieniem, ale szybko pokiwał głową na zgodę. Podałam mu adres, umawiając się z nim dziś na siódmą wieczorem. Wpakowałam się w niezłe gówno.
Chciałabym, aby reszta lekcji trwała w nieskończoność, bo bałam się dziewiętnastej. Jednak wszystko minęło zbyt szybko jak na mój gust. Jedyny plus? Dzięki Benowi zapomniałam o plotkach w szkole, nawet o tych o mnie i szatynie.
niedziela, 24 listopada 2013
Rozdział 8
Po tym jak się rozpłakała z powodu jakiegoś głupiego chłopaka, chciała zjeść swój smutek.
U mnie chyba musiało działać to w drugą stronę - w rozpaczy, po stracie mamy nie zależało mi już na niczym. Po prostu nie widziałam dalszego sensu życia w samotności.
Zdenerwowałam się i pod wpływem adrenaliny wyrwałam lukrowaną bombę kaloryczną z rąk przyszywanej siostry. Nim zdążyła powiedzieć cokolwiek, jej przekąska leżała już w koszu.
Pochyliłam się nad krzesłem w którym siedziała.
-Jeżeli chcesz się zmienić, to musisz zacząć od teraz. Żadnych słodyczy, żadnych fastfoodów i żadnych barwionych napoi, zrozumiano? -kontynuowałam gdy jedenastolatka kiwnęła posłusznie głową. - Nie chcemy cię zagłodzić, ale musisz jeść trochę mniej, dobrze? -kolejne kiwnięcie głową.
Mam nadzieję, że będzie silna.
Przeglądałam kolejne blogi. Strony dla anorektyczek nie wchodziły w grę, ona jest za mała. Po za tym znam te sztuczki na pamięć. Więc przeglądałam kolejne diety, zastanawiając się jakim cudem może to pomóc, skoro tam jest tyyyyle kalorii.
W końcu zdecydowałam się na 1500 kcal dziennie na początek, a zważywszy, że Madie jadła wcześniej coś koło 8000 kcal, wydawało mi się, że to podziała.
Usłyszałam stukot bosych stóp w korytarzu, a po chwili drzwi mojego pokoju zostały uchylone. Przez szparę pokazała się głowa Colina. Po chwili wsunął się do pokoju i zamknął drzwi. Chłopak był w piżamie. Zmarszczyłam brwi patrząc na zegarek w laptopie. Jakim prawem jest już trzecia w nocy?!
-Pójdziesz ze mną na spacer? - spytał schrypniętym głosem.
-O tej godzinie? - spytałam.
Chłopak tylko pokiwał głową.
-Okej. Za 10 minut na dole. - zgodziłam się po chwili wahania.
Colin wyszedł z pokoju, a po chwili usłyszałam zamykanie sąsiednich drzwi.
Przebrałam się w czarne rurki i gruby, brązowy sweter. Na głowę naciągnęłam siwą czapkę, a na nogi ciemne buty za kostki. Wygrzebałam z szafy starą, granatową kurtkę, którą kupowałam jeszcze z mamą. Do kieszeni schowałam telefon i klucze, i cicho zeszłam po schodach. Colin już na mnie czekał.
Chłodny wiatr przebił się przez materiał kurtki, więc schowałam zmarznięte dłonie głębiej do kieszeni. Pociągnęłam nosem i schyliłam głowę. Szliśmy w ciszy. Ale to była taka przyjemna cisza.
Podniosłam wzrok i już miałam zagadać do Colina, kiedy okazało się, że go nie ma. Stanęłam jak wryta i poczęłam gorączkowo rozglądać się wokoło, ale blask pobliskiej latarni nie oświetlił mi żadnej sylwetki. Parę razy krzyknęłam za przyszywanym bratem (nie mam pojęcia jak nazwać ich ''pokrewieństwo'') ale w odpowiedzi usłyszałam tylko ciszę.
Zaczęłam się bać. Jestem sama w bliżej nieznanym mi parku o 3 w nocy, nie mam telefonu i jestem zdana tylko na siebie.
Strach, strach, strach, strach, strach, strach, strach, strach, strach, strach, niech to się skończy!
Wrzasnęłam z przerażenia, kiedy poczułam ciepłą dłoń, na mojej chłodnej, zaciśniętej w pięść. Odskoczyłam i przekręciłam się w stronę dotyku.
-CHCESZ MNIE DO CHOLERY ZAPROWADZIĆ DO ZAWAŁU, NIALL?! - krzyknęłam z wyrzutem. - Co ty tu do diabła robisz? - dodałam, lżejszym tonem.
-Och, mógłbym spytać o dokładnie to samo. - mruknął blondyn z wyrzutem.
Spojrzałam na niego spod rzęs. Spotkałam jego błękitne tęczówki, wpatrujące się w moje brązowe z równym zaangażowaniem. Natychmiast odwróciłam wzrok, bojąc się, że znów utonę w głębokich, błękitnych wodach jego oczu.
-Wyszłam na spacer. - rzuciłam, dając mu wygrać.
Jego brwi utworzyły prostą linię.
-Wyszłaś. Na. Spacer. Sama. O trzeciej. W nocy. Tak, po prostu. - wycedził słowa.
-Nie, nie sama. Wyszłam z Colinem i no cóż... Gdzieś go zgubiłam. - odpowiedziałam.
-Och, no pewnie. Chodźmy wszyscy na spacer w środku nocy, potem pogubmy się nie znając drogi powrotnej do domu, a na dodatek nie miejmy ze sobą żadnego kontaktu, choćby przez telefon. IDEALNIE!!! Że ja na to wcześniej nie wpadłem. - wykrzyczał, a jego dłonie zacisnęły się w pięści.
Och, teraz jest zły.
-O co ty się do cholery wściekasz? - warknęłam.
-O co JA jestem zły? O co ja... Ktoś mógł cię porwać, zgwałcić lub nawet zabić!!! Czy ty myślisz?! Co ty sobie w ogóle wyobrażałaś wychodząc z domu?! - wypluł.
Czy on... Czy... Czy on się właśnie o mnie martwi?
Już miałam otworzyć usta, kiedy zza siebie usłyszałam krzyk w postaci swojego imienia.
Obróciłam głowę i zobaczyłam sylwetkę Colina biegnącą w moją stronę.
-Lena! Lena! Już myślałem, że ktoś cię porwał. Nie strasz mnie tak nigdy, przenigdy więcej. Nigdy, nigdy, nigdy. Jasne? - wykrzyczał rzucając mi się na szyję i mocno przytulając.
-Tak, tak, obiecuję. - przyrzekłam, odwzajemniając gest chłopaka.
W końcu Col odsunął się o krok i złapał moją dłoń, zaciskając ją w swojej własnej, abym na pewno już mu nie uciekła. Niall przebiegł wzrokiem po naszych sylwetkach. Jego ciało spięło się, a linia szczęki mocno odznaczyła się na tle bladej skóry. Przełknął głośno ślinę, a jego jabłko Adama rytmicznie podleciało do góry i opadło, ginąc w skórze szyi. Wstrzymał oddech i delikatnie zmrużył oczy, wpatrując się we nas spod rzęs.
-Jesteście razem? - wysyczał Niall przez zęby.
Jezus, Maryja on zachowuje się jak zazdrosny dzieciak.
Popatrzeliśmy na niego jak na idiotę.
-Co? Nie! Czemu tak myślisz? - spytał Colin.
-Wiecie... Nie jesteście tak na prawdę spokrewnieni, więc teoretycznie moglibyście, a zachowanie sprzed momentu tylko to potwierdziło, więc... - wytłumaczył blondyn.
-Nie, nie jesteśmy razem. Traktujemy się jak rodzeństwo. - odparłam.
-Tak, więc skoro już wszystko wyjaśnione, będziemy się z Leną zbierać do domu. - szybko rzucił mój ''brat''.
-Nie zatrzymuje was. Do zobaczenia. - pożegnał się Niall i po tym jak mu odpowiedzieliśmy, obrócił się na pięcie i zniknął w ciemności.
W domu byliśmy o 4 nad ranem, więc po krótkim ''dobranoc'' zniknęliśmy za drzwiami i pogrążyliśmy się w głębokim śnie. No dobra, może tylko część męska.
Telefon zaczął brzęczeć i dzwonić i właśnie uprzytomniłam sobie, że dziś jest poniedziałek. Warknęłam z irytacją i zwlekłam się z łózka, ciągnąc ciało do łazienki. Spojrzałam w lustro.
Moje odczucia często były inne. Raz widziałam siebie jako grubą, leniwą dziewczynę, innym razem byłam idealna, albo i wręcz za chuda. Często napadały na mnie mieszane uczucia i nie zawsze potrafiłam sobie z nimi poradzić.
Ale nigdy nie byłam z siebie całkowicie zadowolona. Moje włosy są kręcone i nie dają się układać, brązowe oczy są zbyt ciemne, czasem dobiegają prawie do czerni, usta zbyt wąskie i niepełne, a kości policzkowe brzydko odznaczają się na tle mojej bladej skóry. Zawsze chciałam wyglądać jak moja mama. Aby moje loki układały się jak jej, żeby jej błękit oczy zamalował moje tęczówki, aby usta były równie różowe i pełne, a skóra delikatnie opalona. Niestety... Jestem tylko kolejnym, nieudanym projektem, nieudaną próbą stworzenia czegoś na jej kształt. Ale nie można mieć wszystkiego.
Kamila: (Pointless):
Wybaczcie, że tak długo niczego nie było, a to co jest jest krótkie, ale wciągnęłyśmy się w wir nauki, prac domowych i dodatkowych zajęć. Czasem chcemy też odpocząć, a pisanie opowiadania ma być przyjemnością, a nie kolejnym obowiązkiem, których i tak już mamy serdecznie dość. Staramy się, jak możemy, ale nie zawsze jesteśmy w stanie napisać choćby dwóch zdań. Także bądźcie cierpliwi, a czas oczekiwania na rozdział zapełnijcie jakąś pasją, albo nauką i pamiętajcie, że nie tylko my, ale i każda osoba pisząca bloga, ma tak samo jak wy: szkołę, zajęcia pozalekcyjne, rodzinę, przyjaciół, inne pasje i chcą to wszystko pogodzić. Także jeszcze raz proszę o wyrozumiałość i cierpliwość.
Mam nadzieję, że podobał wam się ten rozdział.
sobota, 2 listopada 2013
Rozdział 7
Niall otworzył drewniane drzwi i przepuścił mnie w nich. Mruknęłam ciche: dziękuję i weszłam w głąb pomieszczenia. Od razu uderzył we mnie podmuch ciepłego, świeżego powietrza, a gdzieś pośród niego unosił się aromat kaw i herbat z przeróżnych zakątków świata. Rozejrzałam się uważnie. Kremowe ściany, kominek w dalszej części, ciemne krzesła i tego samego odcieniu stoły wyglądały przytulnie i zachęcająco. Na pewno od tego momentu będę przychodziła tutaj częściej. Wybrałam sotlik w oddalonej części kawiarni i podążyłam w jego stronę. Zajęłam miejsce, a Niall poszedł zamówić dla nas napoje: dla mnie zieloną herbatę, a dla niego... Coś na pewno. Po chwili blondyn opadł na krzesło na przeciwko mnie i posłał mi pełen radości uśmiech.
-Cały czas tu jesteś, nie wyparowałaś...-powiedział jakby prowadząc monolog.
-Czy mogę to samo powiedzieć o tobie? -zapytałam, ale oczywiście nie oczekiwałam odpowiedzi.
Otworzyłam usta by znów z lekka go zaatakować, ale uprzedziła mnie kelnerka. Na dźwięk jej głosu podskoczyłam na krześle.
-Czy mogę państwu coś podać? -pytanie skierowała do mnie.
Po chwili chyba zorientowała się kto siedzi na przeciw mnie.
Rozwarła lekko usta w przypływie oszołomienia.
-Ja poproszę zieloną herbatę, a.. ty?
-Kawę z mlekiem. - chłopak uśmiechnął się do kelnerki, a ta rumieniąc się odeszła.
Zbyłam jej zachowanie spojrzeniem w bok, udawałam, że niczego nie zauważyłam.
Gdy już znalazła się wystarczająco daleko by niczego nie usłyszeć, znów zaczęłam rozmowę.
-Mogę o coś zapytać?
-Oczywiście - powiedział z uśmiechem. Czy on zawsze się uśmiechał? To musi być męczące...
Pod stołem złożyłam ręce. Głupio mi było pytać zupełnie obcą mi osobę o cokolwiek.
-Co robiłeś wtedy w parku? -odważyłam się.
Spojrzał mi w oczy. Tak, to błękitne niebo znów na mnie spogląda.
Utonęłam. Straciłam świadomość na parę sekund i nawet nie zorientowałam się, że pochylił się nad stołem w moją stronę.
-A ty? -zapytał - A ty co tam robiłaś?
Nie opowiedziałam. Łatwo było zrozumieć, że jest to pewnego rodzaju nagana.
Kelnerka przyniosła nasze zamówienia.
-Czy mogę pomóc w czymś jeszcze? Może zdecydują się państwo na deser?-wyrecytowała formułkę.
Niall z miejsca zamówił dla siebie muffinka z czekoladą i spojrzał na mnie pytająco.
Pokiwałam tylko przecząco głową.
Niall spojrzał na mnie spod przymrużonych powiek, ale nie zareagował i pozwolił kelnerce oddalić się z wciąż trwającym rumieńcem na twarzy, odsyłając ją uśmiechem.
Nie, wcale nie jestem zazdrosna.
-Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. - wymsknęło mi się przez usta.
Oczywiście, zamiast zbagatelizować całą sprawę moje niewyparzone usta muszą pogłębiać temat.
-Ty też nie. - odwdzięczył się blondyn.
-Pytałam pierwsza. - uargumentowałam starym tekstem.
Mój Boże, mentalny facepalm. Chłopak spojrzał na mnie rozbawionym wzrokiem. Powoli oblizał usta (nie, wcale mnie to nie podnieciło, gdzie tam) i oparł plecy o oparcie krzesła. Chcąc zrobić na prawdę cokolwiek chwyciłam w szczupłe palce kubeczek z herbatą i podniosłam go do ust. Rękawy luźnej bluzki natychmiast zleciały niżej, ukazując światłu dziennemu moje blizny. Te już wyblakłe, różowe oraz te całkowicie świeże. Wspomniałam może, że rany z tamtej nocy nie chcą się goić? Z związku z tym, że do zadania ich użyłam brudnego szkła cięcia całkowicie się popaprały i wdało się małe zakażenie. Mój nawyk rozdrapywania strupów na pewno nie pomógł, przez co szramy są czerwone i napuchnięte. Wzrok błękitnych tęczówek natychmiast powędrował na mój nadgarstek. Szybko odstawiłam naczynie i naciągnęłam rękawy po same knykcie dłoni i przycisnęłam je opuszkami palców, aby szczelnie ukryć rany. Niall zmarszczył brwi i spojrzał w moje oczy. Wpatrywał się w nie przez moment, lecz po chwili odpuścił, widząc że są całkowicie wyprane z uczuć. Gdyby tylko wiedział jaka burza szaleje w moim umyśle.
-Miałem ochotę na spacer po ciężkim dniu w studiu.- spokojnie wypuścił słowa przez usta.
Ups, wyczuwam nutkę kłamstwa. Pomimo to pokiwałam głową i poprawiłam pozycję na krześle.
-Teraz twoja kolej. Co ciebie tam sprowadziło? - zareagował na moje milczenie.
Co mam powiedzieć? Na szczęście uratowała mnie kelnerka. Postawiła przed blondynem czekoladową babeczkę na idealnie białym, porcelanowym talerzyku.
-Dziękuję. - chłopak posłał w jej stronę na prawdę dobrze wyćwiczony uśmiech.
Tyko szkoda, że fałszywy.
Dziewczyna speszona odpowiedziała mu tym samym i odwracając się na pięcie odeszła do lady. Biedaczyna, musiała się już dziś tyle na peszyć przy obsłudze jednego klienta.
Niall posłał w moją stronę ponaglający wzrok, zmuszając mnie do odpowiedzi. W tym samy czasie ugryzł kawałek słodkiej babeczki.
-Potrzebowałam chwili spokoju po kiepskim dniu w szkole. - skłamałam prawie tak samo gładko jak on.
Prawie, ponieważ u mnie nie można było wyczuć ani krzty kłamstwa.
Jednak oboje wiedzieliśmy, że i ja i on skłamaliśmy.
Natychmiastowo straciłam humor, pomimo, że to ja zaczęłam ten trudny temat. Postanowiłam, że i tym razem wybiorę łatwiejszą drogę i ucieknę. No, może nie tak dosłownie.
Teatralnie zerknęłam na zegarek i równie sztucznie wytrzeszczyłam oczy na wskazówki.
-Ojej, już ta godzina. Zasiedziałam się, a przecież obiecałam pomóc Elizabeth w przygotowaniu kolacji.- zerknęłam na niego, a gdy zauważyłam, że posyła mi pełne wątpliwości spojrzenie, uśmiechnęłam się szeroko, aż do bólu i dodałam- Dopiero teraz zdałam sobie sprawę jak zgłodniałam. Muszę się zbierać -skończyłam z nutką zawiedzenia w głosie idealnie odgrywając swoją rolę.
-Zgłodniałaś? -zapytał zażenowany.
Wstałam w tym czasie od krzesła by zyskać trochę czasu na zastanowienie się nad odpowiedzią.
-Oczywiście. Gdybym nic nie jadła, umarłabym. Logiczne, prawda? -zapytałam retorycznie, a w myślach skreśliłam słowo ''umarłabym'' i zamieniłam je na ''utyłabym''.
-Moim zdaniem jesteś wyjątkiem. Wyglądasz na maksymalnie czterdzieści parę kilo i mimo, że nie jesz, to i tak żyjesz. To logiczne nie jest, prawda? -również retorycznie zapytał czym wyprowadził mnie z równowagi.
Gdybym była choć odrobinę silniejsza, oberwał by.
Nie jego sprawa i nie powinien się tym interesować, ale... To spojrzenie. Cały czas czułam w tych oczach naganę od mamy. Miałam wrażenie, że wstydzi się za to jak się zachowuję, za to czym się stałam.
Zaraz po jej śmierci nie rozumiałam co się tak na prawdę zdarzyło, nie dochodziło to do mnie. Dopiero po jakimś czasie mój mózg wywnioskował, że już jej nie ma, tu na ziemi ze mną. Zostałam sama.
A teraz znów pojawia się ktoś kogo w minimalny, a wręcz mikroskopijny sposób interesuję. Ktoś kto jest na tyle mądry by nie wierzyć w większość kłamstw, które wygaduję.
Chciałam pozbyć się tego przyjemnego uczucia gdzieś tam, w sercu. Chyba po prostu nie byłam przyzwyczajona, że kogokolwiek obchodzi mój los.
-Do zobaczenia. -powiedziałam i nim zdążył zareagować wyszłam z kawiarni.
Stopy prowadziły mnie bez konsultacji czynów ze mną - ludzie nazywają to ''pójściem przed siebie''.
Nim się zorientowałam, byłam w sklepie spożywczym i wpatrywałam się na stoisko ze słodyczami.
Szybko jednak zmieniłam swój obiekt obserwacji. Teraz wydawał mi się być interesujący dział z pieczywem. Jak jakaś wariatka zeczęłam podchodzić do półek i wąchać każdą bułkę i każdy chleb z osobna.
Rozpoznałam nawet jedną z drożdżówek. Miała malinowe nadzienie i była z wierzchu posypana cukrem pudrem. Takie same Elizabeth kupowała dla nas jako przekąskę, ale niestety nie mam pojęcia jak smakują.
Pod wpływem impulsu zapakowałam słodką bułeczkę do papierowej torby i zapłaciłam za nią przy kasie.
Na dworzu zaczynało się już robić ciemno, więc za głosem rozsądku pobiegłam na stację metra.
Pojazd odwożący do dzielnicy, w której mieścił się dom Idealnych miał być dopiero za 40 minut.
Zrezygnowana opadłam na ławeczkę pod jedną ze ścian metra i czekałam.
Oczy zaczęły latać mi na wszystkie strony w wyniku kompletnego zanudzenia.
Dosłownie na przeciw mnie stała dziewczyna ze skrzypcami, aż dziw, że jej wcześniej nie zauważyłam.
Wygrywała na swoim instrumencie piękną melodię i zaczęłam zazdrościć jej talentu.
Na oko była gdzieś w moim wieku. Poczułam się gorzej gdy uświadomiłam sobie, że zbiera pieniądze na życie podczas gdy ja marnuję jedzenie wyrzucając je byle gdzie.
Wstałam z ławeczki i szybkim krokiem podeszłam do niej. Z bliska wydawała się być prawie tak chuda jak ja. Możliwe, że nie jadła od kilku dni. Wrzuciłam do futerału 20 funtów, a po chwili zastanowienia dorzuciłam również zakupioną wcześniej drożdżówkę. Może ten gest nie odwoła w żaden sposób moich win, ale liczę, że przynajmniej Bóg uwzględni to i nie trafię do piekła.
Nareszcie przyjechał upragniony pociąg metra. Już byłam jedną nogą w pojeździe, kiedy nagle sobie coś uświadomiłam.
Przecież jestem umówiona z Madie obok tej cholernej kręgielni. Przeklinając cicho pod nosem, obróciłam się na pięcie i skierowałam do wyjścia z podziemia. Spojrzałam na telefon i przyśpieszyłam widząc 20:23. Dobrze, ze to niedaleko. Z oddali widziałam sylwetkę siostry, która machała na ławce swoimi tłustymi nóżkami. Podeszłam do niej, a ta natychmiastowo zerwała się z ławki i podbiegła do mnie. Miała czerwone oczy, ręce jej się strasznie trzęsły, a łzy rzewnie płynęły po jej zaróżowionych policzkach. Spojrzałam zszokowana na jej stan i po chwili poczułam jak wtula się we mnie łkając, a jej palce zaciskają się na moim płaszczu. Objęłam ją ramieniem i pocierałam plecy, czekając aż się uspokoi. Może i za nią nie przepadałam, ale jakby nie patrzeć, to moja siostra, przyrodnia ale siostra.
-Madie, co się stało? - spytałam cicho.
-Bo ja poszłam z koleżankami do galerii... - zaczęła tłumiąc szloch - i... i tam spotkałyśmy takiego chłopaka... i on... Lena, on mi się podoba - zaniosła się nową falą płaczu - Poszliśmy na lody... a on, on, on... On powiedział, że mi to chyba nie potrzebne, bo jestem strasznie gruba. - wypłakała, wciąż trzęsąc się od nadmiaru emocji - Lena, ty jesteś taka szczupła, proszę, pomóż mi schudnąć.- poprosiła, odsuwając się ode mnie i spojrzała w moje oczy.
Zawahałam się. Mam pomóc temu małemu, zdradliwemu potworowi? Tylko dlatego, że jakiś chłopak (nie oszukujmy się, miał rację) nazwał ją grubą? Przecież ona ma dopiero jedenaście lat! Przełknęłam ślinę i spoglądając na siostrę powtarzałam: to twoja rodzina, to twoja rodzina, to two...
-Pewnie, poczekaj chwilę i będzie cię błagał, abyś była jego. - rzuciłam w stronę siostry.
Jej oczy błyszczały, kiedy powtarzała: ''dziękuję''.
Mój Boże, postradałam zmysły.
icantbreatheicantsmile:
No, to już rozdział mamy kolejny rozdział! Przed chwilą miałam zaplanowane co sensownego napiszę, kładę palce na klawiaturę i... pustka w głowie. Pewnie to dlatego, że jestem blondynką albo po prostu naoglądałam się za dużo Niekrytego i mózg mi się wypalił. Mniejsza o to. Mam nadzieję, że czekaliście na kolejną część opowiadania o One Direction z Leną w roli głównej :) Pozdrawiam!
Zarozumialec .!
Kolejny zlepek liter zakończony, tym samym kreśląc kolejną część naszego opowiadania. Na prawdę nie umiem teraz sklecić czegoś sensownego, ten dzień był potwornie monotonny i kiepsko się czuję. Także po prostu nie będę tu lepiej nic pisała i życzę wam miłego dnia/wieczoru/nocy. Do następnego rozdziału.